treść artykulu

Wydając „Petrodolary”

Turystyka w Jordanii opiera się na jednym, ale solidnym filarze. Bez niego trudno by jej było zaistnieć. Nazywa się Petra. Jedyna i niepowtarzalna. Odwiedzają ją nawet Ci, którzy nie wiedzą w jakim kraju się znajdują. Nie dziwi więc, że na starożytnym kompleksie chce zarobić każdy, kto ma możliwość na nim zarobić. I zarabia...

...a nieźle na niej zarabiali już jej ojcowie - Nabatejczycy, którzy założyli swoje miasto w bardzo sprzyjających okolicznościach przyrody i ówczesnej geopolityki. Lud to był w sumie prosty, koczowniczy, ale doskonale potrafił wykorzystać swoje 5 minut w historii. Skrzyżowanie szlaków handlowych między Mezopotamią, Synajem i Wybrzeżem Morza Śródziemnego pozwoliło ulokować miasto, wszechwystępujący budulec je zbudować, a niedostępne położenie je ochronić. Wszelkie nowinki techniczne czerpano bez opamiętania od sąsiednich cywilizacji, trudno zatem znaleźć jakiś jeden obowiązujący porządek architektoniczny, czy przestrzenny, dlatego to, czym się dzisiaj zachwycamy jest szczęśliwie zachowaną eklektyczną wariacją utworzoną w atrakcyjnym krajobrazie.

Wioska Wadi Musa ma nieszczęście być położoną aż dwa kilometry od wejścia do kompleksu i parkingów autokarowych z nim związanych, dlatego usługi miejscowych są zorientowane w stronę nielicznych i bardziej niezależnych turystów nocujących w wiosce. Kilka restauracji, kilka spożywczaków, kilkanaście hoteli i kilkadziesiąt taksówek żywi całą wioskę, trudno się więc dziwić, że turysta jest traktowany jako chodząca skarbonka, z której trzeba wyciągnąć jak najwięcej, bo prawdopodobnie już do Petry nie powróci. Skutecznie zresztą się go w tej decyzji utwierdza. Schemat pobytu jest prosty: przyjazd – nocleg (już od dwukrotnej ceny hotelu w stolicy kraju) – zakupy (już od 1 dolara za Snickersa lub sok sokopodobny, lub cokolwiek innego) – taksówka do ruin i z powrotem („cheap, very cheap”) - restauracja (już od dwukrotnej ceny posiłku w popularnej krakowskiej orientalnej restauracji) – wyjazd (zawsze droższy niż przyjazd).

O godzinie dziewiątej rano słońce zaczyna mocniej operować, czas schować się w zacienionych wąwozach skalnego miasta. Swojsko brzmiące i wyglądające grupy turystów w wielkich bawełnianych  kapeluszach i niespotykanie kusych koszulkach ledwie okrywających pomarszczone, czerwone od słońca, 50-cio letnie ciała opuszczają już kompleks. Po niespełna dwóch godzinach zwiedzania! Bez krępacji wyrażają niezadowolenie jedynie z wysokich cen biletów. Najważniejsze, że Petra zaliczona. Jeszcze tylko kilka pocztówek, może jakaś szmatka po okazyjnej cenie i powrót na plaże Synaju.

Cenną atrakcją etnograficzną Petry są Beduini, którzy dzięki miejscowemu pochodzeniu i mitowi towarzyszącemu ich koczowniczemu trybowi życia otrzymali pozwolenie na handel i prowadzenie usług turystycznych. Z uzyskanej możliwości wywiązują się nad wyraz gorliwie. Własną kulturę promują w sposób postępowy, paradując w skórzanych kurtkach (nie z wielbłąda a ze sklepu dla harleyowców), oferując haszysz po okazyjnych cenach oraz „original” i „hand made” wisiorki, które możemy spotkać na wszystkich bazarach od Marakeszu po Damaszek i w kilku sklepach orientalnych w Polsce.  Mit jednak działa bardzo skutecznie, a dodatkowo uskutecznia go wyjątkowe doświadczenie rynkowe Beduinów. „Johnny” chciał pewnie zrobić pamiątkę całej rodzinie. Spodobały mu się flaszki z kolorowym piaskiem usypanym na kształt wielbłąda. „Johnny” zapytał o cenę i zapewne nie wiedział, że jego koszulka Lacoste i amerykański akcent usytuowały ją na poziomie 20 dolarów za flaszkę. Nie marudził. Kupił 7 sztuk, w dodatku pokazał gest i dołożył napiwek.
„Jean” z kolei na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie turysty obytego w szerokim świecie. Odzież techniczna, buty trekingowe i kilkudniowy zarost pozwalały przypuszczać, że niejedną rzecz już w świecie Orientu wytargował, a i pamiątki chciał nabyć bardziej wysublimowane. Spodobała mu się moneta. Niezbyt stara, ale skutecznie postarzona ćwierćdinarówka sprzed denominacji. „Jean” nie dał się naciągnąć na 40 dinarów za sztukę (ok. 170 PLN – przyp. autora), „Jean” za tą cenę dobrał jeszcze 5 mniejszych monet.
W obu przypadkach, obie strony transakcji były zadowolone, ale strona podaży chyba jednak trochę bardziej. Trudno jednak przecenić wartość sentymentalną piasku i wycofanych z obiegu monet kupionych w Petrze.

Grobowiec Deir ulokowany został poza głównym kompleksem. Dojście do niego wymaga czasu i pokonania znacznych przewyższeń, dlatego nie docierają tam wycieczki z egipskich plaż. Kilka namiotów z pamiątkami i spektakularnie wielkimi napisami „view point” jest pod opieką młodszego pokolenia Beduinów, które kieruje się na trochę innego turystę. Nieśpieszne rozmowy przy dymku i herbacie są kwintesencją legendarnej gościnności beduińskiej. Zastanawia jednak fakt, że są one prowadzone przeważnie z samotnie podróżującymi młodymi kobietami, takimi jak „Joan”.  Przybyła z „Ameryki”. Amerykańska pewność siebie i swobodnie falujące piersi, ograniczone jedynie sportową bielizną, czyniły z niej doskonały cel beduińskiej gościnności. Rozsiadała się przy każdym straganie, żeby zademonstrować innym swoje obycie w świecie, niezależność i swobodę w kontaktach międzykulturowych. Nie przychodziło jej to trudno, bo miejscowa młodzież z dużą dozą przyjemności obcuje z turystkami typu „Joan”, nawet kosztem papierosa.

Muhammad już właściwie skończył dniówkę. Leży na kocu i obserwuje umizgi kompanów w stronę „Joan”. Ma dziś lekko melancholijny nastrój, opowiada więc o rodzinie, dzieciństwie, niebezpieczeństwach czyhających na pustyni i o swoich osłach. To one zapewniają mu beztroskie życie. „Turyści są słabi, a osły silne” - to dla niego dewiza ekonomicznego sukcesu. Nazwał je Bob Marley i Michael Jackson, bo lubi kulturę Zachodu. Podobają mu się amerykańskie filmy i europejskie kobiety. Petry już nie opuści, nie ma potrzeby, tutaj świat przychodzi to niego. Poza tym trudno byłoby mu się rozstać z małą fajką, pod której wpływem właśnie rozpływa się we własnym jestestwie.  

Słońce zachodzi, ruiny już opustoszały. Jedynie „Joan” ze szczelnie przyklejonym do pleców młodzieńcem podążają na ośle w jakimś kierunku, lekko kołysząc się w rytmie pokonywanych stępem nierówności. W tym momencie chęć osiągania zysku ustępuje potrzebom bardziej pierwotnym.

Komentarze
odśwież
artykuł dodano: 19 lutego 2009 ostatnia aktualizacja: 6 czerwca 2009 wyświetleń: 784