Przypomnienie Brzeskiego cz. II
W 1933 r. - w krakowskich plenerach i atelier fotograficznym legendarnych braci Karaś - kręci Brzeski kolejny krótkometrażowy film eksperymentalny: "Beton" - metaforyczną historię robotnika pracującego na budowie drapacza chmur. Film, wyświetlany również w Warszawie, chwalony był przez współczesnych za efekty wizualne, za dobry montaż i dramaturgię akcji. Niestety, do dziś zachował się jedynie w szczątkach.
Brzeskiego pociągały, jak pisał:
"...Wielkie miasta tętniące życiem , ze swymi drapaczami chmur, pełne świateł i cieni, z nigdy nie usypiającą ulicą, pełną samochodów, omnibusów , wytwornych par, umalowanych dziewcząt...".
Fascynowało go piękno przedmiotu:
"...Fotografujcie - głosił w artykule z 1932 r. - szkło, wodę rozedrganą, pędzące ekspresy, przesuwające się zwrotnice. Pokażcie labirynty szyn ginących na sentymentalnym horyzoncie. Pokażcie pracę trybów, maszyn, ujmijcie je w rytm, sfilmujcie w całym blasku rozdygotanych połysków i drgań..."
Lecz było to zafascynowanie jedynie formą. Odległy był Brzeski od optymistycznych wizji Tadeusza Peipera i konstruktywistów:
"...Człowiek jest niewolnikiem dzisiejszej, jakże nowocześnie pomyślanej kasty władców - maszyn... - pisał w kolejnym artykule. -...Człowiek obsługujący obrabiarkę czy jakiś automat, stał się już dawno częścią tej maszyny. Indywidualność jest zbyteczna..."- ironizował.
Z katastroficznych perspektyw zagrożenia, z pełnych niepokoju pytań dokąd zaprowadzi cywilizacja kształtowana przez nowoczesną technikę - powstał najbardziej bodaj znany cykl fotomontaży Brzeskiego: "Narodziny Robota", pomieszczony początkowo w "Kurierze Literacko- Naukowym IKC", potem szeroko przedrukowywany.
Skontrastowanie humanistycznych idei ze złowróżbną mechanicystyczną symboliką - wstrząsało i doskonale oddawało atmosferę tych lat trzydziestych, z jej niepewnością i strachami, a równocześnie z iście bachiczną chęcią użycia.
Spokojniejszy, choć również sugestywny wyraz mają "Rotory", niedawno odszukany na nowo przez piszącego te słowa, cykl fotograficznych collage Brzeskiego, pochodzący z 1933 r. Nieco późniejszy jest cykl „Zwrotnice”.
W latach trzydziestych Brzeski prowadzi żywiołowe życie twórcze. Niestrudzenie redaguje, publikuje, ilustruje. Staje się jednym z głównych animatorów życia kulturalnego ówczesnego Krakowa.
Cały czas przy tym uprawia malarstwo sztalugowe. Od 1933 r. identyfikuje się z Cechem Artystów "Jednoróg". Bierze udział we wszystkich liczących się salonach Krakowa, Warszawy i Lwowa.
I kiedyż ten człowiek, tak żywiołowo tworzący, udzielający się we wszelkich artystycznych przejawach życia ówczesnego Krakowa, w szopkach, kabaretach, literackich kawiarniach, w całym, jakżeż wtedy rozbudowanym życiu towarzyskim, za którym przepadał - kiedy ten człowiek dla "Ikaca" pracował...?!
Brzeski był jak mrówka. Nieważne, o której chadzał spać, zawsze punktualny, od południa przesiadywał w Pałacu Prasy przy zbiegu Starowiślnej i Wielopola.
A były to czasy, wyobraźcie sobie, kiedy komputerów nie było i każdy głupi przerywniczek trzeba było samemu wyrysować, zmakietować kolumny, zaprojektować okładkę, dopilnować kolorów, no i oczywiście samemu wszystkiego doglądnąć "w maszynach"..
Pod nadzorem artystycznym Brzeskiego pisma koncernu „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” utworzyły czołówkę polskich ilustrowanych magazynów; od wysoko nakładowego "Tajnego Detektywa", poprzez „Światowida", sportowe "Raz, dwa, trzy", satyryczne "Wróble na dachu", różne dodatki do "Kuriera", aż po wytwornego "AS"-a, który miał ambicje dorównania najlepszym tygodnikom świata.
„Nadzór artystyczny...” – to brzmi godnie, to brzmi świetnie. Ale w praktyce to była codzienna ciężka robota, poganiana nieustającym cyklem wychodzących tygodników; praca, której rezultat i poziom natychmiast był sprawdzany i oceniany przez dziesiątki tysięcy czytelników.
Mijają lata. Przetacza się wojna.
Kiedy w 1945 r. Marian Eile zamyślał o wydaniu pierwszego numeru "Przekroju", z natury rzeczy sięgnął właśnie po Brzeskiego, rasowego grafika prasowego, który przez całe ostatnie przed wojną dziesięciolecie kształtował wizerunek ilustrowanej prasy polskiej.
A tak nawiasem: skąd zbieżność tytułu tego krakowskiego tygodnika, przez dziesięciolecia kultowego pisma polskiej młodej inteligencji – z wcześniejszym filmem Brzeskiego...? I kto tu był ojcem chrzestnym pisma...?
Brzeski na nowo więc wchodzi w codzienny redakcyjny kierat Projektuje pierwszą - fotomontażową - okładkę do "Przekroju", a potem jeszcze wiele, wiele okładek, Jego projektu jest też stosowana do dziś - bagatela, 54 lata! – charakterystyczna winieta tego tygodnika. Jako "naczelny techniczny" pracuje w „Przekroju” do połowy 1951 r.
Przyznam, że po latach nie doszedłem ostatecznie dlaczego odszedł Brzeski z „Przekroju”. Czy krył się za tym konflikt z Naczelnym ? Zapewne tak, raczej należałoby się dziwić, jak te dwie indywidualności tak długo ze sobą współpracowały. Może był już zmęczony wieloma latami redakcyjnej harówki , może szukał spokoju, który daje niespieszne malowanie.
Chociaż tworzył przecież jeszcze wiele. Projektował okładki książkowe, sprawował artystyczny nadzór nad wydawnictwami Czytelnika", projektował plakaty i pocztówki. Pracował dla śląskiej "Panoramy", malował na ukochanym przez siebie Wybrzeżu, przy sztalugach dokumentował odbudowę gdańskiej starówki. Malował na Śląsku, który był dlań odkryciem, myślał o przeniesieniu się do Warszawy.
W listopadowy ranek 1957 r. zmęczone serce odmawia posłuszeństwa. Choć siedziba Pogotowia mieściła się o krok – na karetkę czekano zbyt długo.
Brzeski dożył zaledwie pięćdziesięciu lat. Ileż pozostawił nie zrealizowanych planów , ileż zamierzeń...!
Film i fotografia to przysłowiowe dwie minuty w historii dla tego artysty.
Związana z fotografią twórczość Brzeskiego, jego fotomontaże, kolaże - trafiła w latach osiemdziesiątych na wielkie międzynarodowe wystawy: w Paryżu, Nowym Jorku, Chicago. Na amerykańskich aukcjach osiągają one zaskakujące dla nas w Polsce ceny.
Malarstwo i rysunek Brzeskiego nam współczesnym lat końca wieku są jakby mniej znane.
A swoją drogą, zdumiewające, że twórca ten, uwikłany przez całe życie w prace redakcyjne, zabierające i czas i energię, potrafił jeszcze tworzyć w domu dla siebie, dla samej przyjemności tworzenia.
Prace Janusza Marji Brzeskiego posiadają w swoich zbiorach m.in. Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzea Narodowe w Warszawie, Krakowie i Szczecinie, placówki muzealne Gdańska i Gdyni, Sandomierza, Chorzowa, Bytomia. Znajdują się również w zbiorach prac przechowywanych przez Muzeum Karykatury oraz Muzeum Literatury w Warszawie.
W 1933 r. - w krakowskich plenerach i atelier fotograficznym legendarnych braci Karaś - kręci Brzeski kolejny krótkometrażowy film eksperymentalny: "Beton" - metaforyczną historię robotnika pracującego na budowie drapacza chmur. Film, wyświetlany również w Warszawie, chwalony był przez współczesnych za efekty wizualne, za dobry montaż i dramaturgię akcji. Niestety, do dziś zachował się jedynie w szczątkach.
Brzeskiego pociągały, jak pisał:
"...Wielkie miasta tętniące życiem , ze swymi drapaczami chmur, pełne świateł i cieni, z nigdy nie usypiającą ulicą, pełną samochodów, omnibusów , wytwornych par, umalowanych dziewcząt...".
Fascynowało go piękno przedmiotu:
"...Fotografujcie - głosił w artykule z 1932 r. - szkło, wodę rozedrganą, pędzące ekspresy, przesuwające się zwrotnice. Pokażcie labirynty szyn ginących na sentymentalnym horyzoncie. Pokażcie pracę trybów, maszyn, ujmijcie je w rytm, sfilmujcie w całym blasku rozdygotanych połysków i drgań..."
Lecz było to zafascynowanie jedynie formą. Odległy był Brzeski od optymistycznych wizji Tadeusza Peipera i konstruktywistów:
"...Człowiek jest niewolnikiem dzisiejszej, jakże nowocześnie pomyślanej kasty władców - maszyn... - pisał w kolejnym artykule. -...Człowiek obsługujący obrabiarkę czy jakiś automat, stał się już dawno częścią tej maszyny. Indywidualność jest zbyteczna..."- ironizował.
Z katastroficznych perspektyw zagrożenia, z pełnych niepokoju pytań dokąd zaprowadzi cywilizacja kształtowana przez nowoczesną technikę - powstał najbardziej bodaj znany cykl fotomontaży Brzeskiego: "Narodziny Robota", pomieszczony początkowo w "Kurierze Literacko- Naukowym IKC", potem szeroko przedrukowywany.
Skontrastowanie humanistycznych idei ze złowróżbną mechanicystyczną symboliką - wstrząsało i doskonale oddawało atmosferę tych lat trzydziestych, z jej niepewnością i strachami, a równocześnie z iście bachiczną chęcią użycia.
Spokojniejszy, choć również sugestywny wyraz mają "Rotory", niedawno odszukany na nowo przez piszącego te słowa, cykl fotograficznych collage Brzeskiego, pochodzący z 1933 r. Nieco późniejszy jest cykl „Zwrotnice”.
W latach trzydziestych Brzeski prowadzi żywiołowe życie twórcze. Niestrudzenie redaguje, publikuje, ilustruje. Staje się jednym z głównych animatorów życia kulturalnego ówczesnego Krakowa.
Cały czas przy tym uprawia malarstwo sztalugowe. Od 1933 r. identyfikuje się z Cechem Artystów "Jednoróg". Bierze udział we wszystkich liczących się salonach Krakowa, Warszawy i Lwowa.
I kiedyż ten człowiek, tak żywiołowo tworzący, udzielający się we wszelkich artystycznych przejawach życia ówczesnego Krakowa, w szopkach, kabaretach, literackich kawiarniach, w całym, jakżeż wtedy rozbudowanym życiu towarzyskim, za którym przepadał - kiedy ten człowiek dla "Ikaca" pracował...?!
Brzeski był jak mrówka. Nieważne, o której chadzał spać, zawsze punktualny, od południa przesiadywał w Pałacu Prasy przy zbiegu Starowiślnej i Wielopola.
A były to czasy, wyobraźcie sobie, kiedy komputerów nie było i każdy głupi przerywniczek trzeba było samemu wyrysować, zmakietować kolumny, zaprojektować okładkę, dopilnować kolorów, no i oczywiście samemu wszystkiego doglądnąć "w maszynach"..
Pod nadzorem artystycznym Brzeskiego pisma koncernu „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” utworzyły czołówkę polskich ilustrowanych magazynów; od wysoko nakładowego "Tajnego Detektywa", poprzez „Światowida", sportowe "Raz, dwa, trzy", satyryczne "Wróble na dachu", różne dodatki do "Kuriera", aż po wytwornego "AS"-a, który miał ambicje dorównania najlepszym tygodnikom świata.
„Nadzór artystyczny...” – to brzmi godnie, to brzmi świetnie. Ale w praktyce to była codzienna ciężka robota, poganiana nieustającym cyklem wychodzących tygodników; praca, której rezultat i poziom natychmiast był sprawdzany i oceniany przez dziesiątki tysięcy czytelników.
Mijają lata. Przetacza się wojna.
Kiedy w 1945 r. Marian Eile zamyślał o wydaniu pierwszego numeru "Przekroju", z natury rzeczy sięgnął właśnie po Brzeskiego, rasowego grafika prasowego, który przez całe ostatnie przed wojną dziesięciolecie kształtował wizerunek ilustrowanej prasy polskiej.
A tak nawiasem: skąd zbieżność tytułu tego krakowskiego tygodnika, przez dziesięciolecia kultowego pisma polskiej młodej inteligencji – z wcześniejszym filmem Brzeskiego...? I kto tu był ojcem chrzestnym pisma...?
Brzeski na nowo więc wchodzi w codzienny redakcyjny kierat Projektuje pierwszą - fotomontażową - okładkę do "Przekroju", a potem jeszcze wiele, wiele okładek, Jego projektu jest też stosowana do dziś - bagatela, 54 lata! – charakterystyczna winieta tego tygodnika. Jako "naczelny techniczny" pracuje w „Przekroju” do połowy 1951 r.
Przyznam, że po latach nie doszedłem ostatecznie dlaczego odszedł Brzeski z „Przekroju”. Czy krył się za tym konflikt z Naczelnym ? Zapewne tak, raczej należałoby się dziwić, jak te dwie indywidualności tak długo ze sobą współpracowały. Może był już zmęczony wieloma latami redakcyjnej harówki , może szukał spokoju, który daje niespieszne malowanie.
Chociaż tworzył przecież jeszcze wiele. Projektował okładki książkowe, sprawował artystyczny nadzór nad wydawnictwami Czytelnika", projektował plakaty i pocztówki. Pracował dla śląskiej "Panoramy", malował na ukochanym przez siebie Wybrzeżu, przy sztalugach dokumentował odbudowę gdańskiej starówki. Malował na Śląsku, który był dlań odkryciem, myślał o przeniesieniu się do Warszawy.
W listopadowy ranek 1957 r. zmęczone serce odmawia posłuszeństwa. Choć siedziba Pogotowia mieściła się o krok – na karetkę czekano zbyt długo.
Brzeski dożył zaledwie pięćdziesięciu lat. Ileż pozostawił nie zrealizowanych planów , ileż zamierzeń...!
Film i fotografia to przysłowiowe dwie minuty w historii dla tego artysty.
Związana z fotografią twórczość Brzeskiego, jego fotomontaże, kolaże - trafiła w latach osiemdziesiątych na wielkie międzynarodowe wystawy: w Paryżu, Nowym Jorku, Chicago. Na amerykańskich aukcjach osiągają one zaskakujące dla nas w Polsce ceny.
Malarstwo i rysunek Brzeskiego nam współczesnym lat końca wieku są jakby mniej znane.
A swoją drogą, zdumiewające, że twórca ten, uwikłany przez całe życie w prace redakcyjne, zabierające i czas i energię, potrafił jeszcze tworzyć w domu dla siebie, dla samej przyjemności tworzenia.
Prace Janusza Marji Brzeskiego posiadają w swoich zbiorach m.in. Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzea Narodowe w Warszawie, Krakowie i Szczecinie, placówki muzealne Gdańska i Gdyni, Sandomierza, Chorzowa, Bytomia. Znajdują się również w zbiorach prac przechowywanych przez Muzeum Karykatury oraz Muzeum Literatury w Warszawie.
W 1933 r. - w krakowskich plenerach i atelier fotograficznym legendarnych braci Karaś - kręci Brzeski kolejny krótkometrażowy film eksperymentalny: "Beton" - metaforyczną historię robotnika pracującego na budowie drapacza chmur. Film, wyświetlany również w Warszawie, chwalony był przez współczesnych za efekty wizualne, za dobry montaż i dramaturgię akcji. Niestety, do dziś zachował się jedynie w szczątkach.
Brzeskiego pociągały, jak pisał:
"...Wielkie miasta tętniące życiem , ze swymi drapaczami chmur, pełne świateł i cieni, z nigdy nie usypiającą ulicą, pełną samochodów, omnibusów , wytwornych par, umalowanych dziewcząt...".
Fascynowało go piękno przedmiotu:
"...Fotografujcie - głosił w artykule z 1932 r. - szkło, wodę rozedrganą, pędzące ekspresy, przesuwające się zwrotnice. Pokażcie labirynty szyn ginących na sentymentalnym horyzoncie. Pokażcie pracę trybów, maszyn, ujmijcie je w rytm, sfilmujcie w całym blasku rozdygotanych połysków i drgań..."
Lecz było to zafascynowanie jedynie formą. Odległy był Brzeski od optymistycznych wizji Tadeusza Peipera i konstruktywistów:
"...Człowiek jest niewolnikiem dzisiejszej, jakże nowocześnie pomyślanej kasty władców - maszyn... - pisał w kolejnym artykule. -...Człowiek obsługujący obrabiarkę czy jakiś automat, stał się już dawno częścią tej maszyny. Indywidualność jest zbyteczna..."- ironizował.
Z katastroficznych perspektyw zagrożenia, z pełnych niepokoju pytań dokąd zaprowadzi cywilizacja kształtowana przez nowoczesną technikę - powstał najbardziej bodaj znany cykl fotomontaży Brzeskiego: "Narodziny Robota", pomieszczony początkowo w "Kurierze Literacko- Naukowym IKC", potem szeroko przedrukowywany.
Skontrastowanie humanistycznych idei ze złowróżbną mechanicystyczną symboliką - wstrząsało i doskonale oddawało atmosferę tych lat trzydziestych, z jej niepewnością i strachami, a równocześnie z iście bachiczną chęcią użycia.
Spokojniejszy, choć również sugestywny wyraz mają "Rotory", niedawno odszukany na nowo przez piszącego te słowa, cykl fotograficznych collage Brzeskiego, pochodzący z 1933 r. Nieco późniejszy jest cykl „Zwrotnice”.
W latach trzydziestych Brzeski prowadzi żywiołowe życie twórcze. Niestrudzenie redaguje, publikuje, ilustruje. Staje się jednym z głównych animatorów życia kulturalnego ówczesnego Krakowa.
Cały czas przy tym uprawia malarstwo sztalugowe. Od 1933 r. identyfikuje się z Cechem Artystów "Jednoróg". Bierze udział we wszystkich liczących się salonach Krakowa, Warszawy i Lwowa.
I kiedyż ten człowiek, tak żywiołowo tworzący, udzielający się we wszelkich artystycznych przejawach życia ówczesnego Krakowa, w szopkach, kabaretach, literackich kawiarniach, w całym, jakżeż wtedy rozbudowanym życiu towarzyskim, za którym przepadał - kiedy ten człowiek dla "Ikaca" pracował...?!
Brzeski był jak mrówka. Nieważne, o której chadzał spać, zawsze punktualny, od południa przesiadywał w Pałacu Prasy przy zbiegu Starowiślnej i Wielopola.
A były to czasy, wyobraźcie sobie, kiedy komputerów nie było i każdy głupi przerywniczek trzeba było samemu wyrysować, zmakietować kolumny, zaprojektować okładkę, dopilnować kolorów, no i oczywiście samemu wszystkiego doglądnąć "w maszynach"..
Pod nadzorem artystycznym Brzeskiego pisma koncernu „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” utworzyły czołówkę polskich ilustrowanych magazynów; od wysoko nakładowego "Tajnego Detektywa", poprzez „Światowida", sportowe "Raz, dwa, trzy", satyryczne "Wróble na dachu", różne dodatki do "Kuriera", aż po wytwornego "AS"-a, który miał ambicje dorównania najlepszym tygodnikom świata.
„Nadzór artystyczny...” – to brzmi godnie, to brzmi świetnie. Ale w praktyce to była codzienna ciężka robota, poganiana nieustającym cyklem wychodzących tygodników; praca, której rezultat i poziom natychmiast był sprawdzany i oceniany przez dziesiątki tysięcy czytelników.
Mijają lata. Przetacza się wojna.
Kiedy w 1945 r. Marian Eile zamyślał o wydaniu pierwszego numeru "Przekroju", z natury rzeczy sięgnął właśnie po Brzeskiego, rasowego grafika prasowego, który przez całe ostatnie przed wojną dziesięciolecie kształtował wizerunek ilustrowanej prasy polskiej.
A tak nawiasem: skąd zbieżność tytułu tego krakowskiego tygodnika, przez dziesięciolecia kultowego pisma polskiej młodej inteligencji – z wcześniejszym filmem Brzeskiego...? I kto tu był ojcem chrzestnym pisma...?
Brzeski na nowo więc wchodzi w codzienny redakcyjny kierat Projektuje pierwszą - fotomontażową - okładkę do "Przekroju", a potem jeszcze wiele, wiele okładek, Jego projektu jest też stosowana do dziś - bagatela, 54 lata! – charakterystyczna winieta tego tygodnika. Jako "naczelny techniczny" pracuje w „Przekroju” do połowy 1951 r.
Przyznam, że po latach nie doszedłem ostatecznie dlaczego odszedł Brzeski z „Przekroju”. Czy krył się za tym konflikt z Naczelnym ? Zapewne tak, raczej należałoby się dziwić, jak te dwie indywidualności tak długo ze sobą współpracowały. Może był już zmęczony wieloma latami redakcyjnej harówki , może szukał spokoju, który daje niespieszne malowanie.
Chociaż tworzył przecież jeszcze wiele. Projektował okładki książkowe, sprawował artystyczny nadzór nad wydawnictwami Czytelnika", projektował plakaty i pocztówki. Pracował dla śląskiej "Panoramy", malował na ukochanym przez siebie Wybrzeżu, przy sztalugach dokumentował odbudowę gdańskiej starówki. Malował na Śląsku, który był dlań odkryciem, myślał o przeniesieniu się do Warszawy.
W listopadowy ranek 1957 r. zmęczone serce odmawia posłuszeństwa. Choć siedziba Pogotowia mieściła się o krok – na karetkę czekano zbyt długo.
Brzeski dożył zaledwie pięćdziesięciu lat. Ileż pozostawił nie zrealizowanych planów , ileż zamierzeń...!
Film i fotografia to przysłowiowe dwie minuty w historii dla tego artysty.
Związana z fotografią twórczość Brzeskiego, jego fotomontaże, kolaże - trafiła w latach osiemdziesiątych na wielkie międzynarodowe wystawy: w Paryżu, Nowym Jorku, Chicago. Na amerykańskich aukcjach osiągają one zaskakujące dla nas w Polsce ceny.
Malarstwo i rysunek Brzeskiego nam współczesnym lat końca wieku są jakby mniej znane.
A swoją drogą, zdumiewające, że twórca ten, uwikłany przez całe życie w prace redakcyjne, zabierające i czas i energię, potrafił jeszcze tworzyć w domu dla siebie, dla samej przyjemności tworzenia.
Prace Janusza Marji Brzeskiego posiadają w swoich zbiorach m.in. Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzea Narodowe w Warszawie, Krakowie i Szczecinie, placówki muzealne Gdańska i Gdyni, Sandomierza, Chorzowa, Bytomia. Znajdują się również w zbiorach prac przechowywanych przez Muzeum Karykatury oraz Muzeum Literatury w Warszawie.
Stopka:W 1933 r. - w krakowskich plenerach i atelier fotograficznym legendarnych braci Karaś - kręci Brzeski kolejny krótkometrażowy film eksperymentalny: "Beton" - metaforyczną historię robotnika pracującego na budowie drapacza chmur. Film, wyświetlany również w Warszawie, chwalony był przez współczesnych za efekty wizualne, za dobry montaż i dramaturgię akcji. Niestety, do dziś zachował się jedynie w szczątkach.
Brzeskiego pociągały, jak pisał:
"...Wielkie miasta tętniące życiem , ze swymi drapaczami chmur, pełne świateł i cieni, z nigdy nie usypiającą ulicą, pełną samochodów, omnibusów , wytwornych par, umalowanych dziewcząt...".
Fascynowało go piękno przedmiotu:
"...Fotografujcie - głosił w artykule z 1932 r. - szkło, wodę rozedrganą, pędzące ekspresy, przesuwające się zwrotnice. Pokażcie labirynty szyn ginących na sentymentalnym horyzoncie. Pokażcie pracę trybów, maszyn, ujmijcie je w rytm, sfilmujcie w całym blasku rozdygotanych połysków i drgań..."
Lecz było to zafascynowanie jedynie formą. Odległy był Brzeski od optymistycznych wizji Tadeusza Peipera i konstruktywistów:
"...Człowiek jest niewolnikiem dzisiejszej, jakże nowocześnie pomyślanej kasty władców - maszyn... - pisał w kolejnym artykule. -...Człowiek obsługujący obrabiarkę czy jakiś automat, stał się już dawno częścią tej maszyny. Indywidualność jest zbyteczna..."- ironizował.
Z katastroficznych perspektyw zagrożenia, z pełnych niepokoju pytań dokąd zaprowadzi cywilizacja kształtowana przez nowoczesną technikę - powstał najbardziej bodaj znany cykl fotomontaży Brzeskiego: "Narodziny Robota", pomieszczony początkowo w "Kurierze Literacko- Naukowym IKC", potem szeroko przedrukowywany.
Skontrastowanie humanistycznych idei ze złowróżbną mechanicystyczną symboliką - wstrząsało i doskonale oddawało atmosferę tych lat trzydziestych, z jej niepewnością i strachami, a równocześnie z iście bachiczną chęcią użycia.
Spokojniejszy, choć również sugestywny wyraz mają "Rotory", niedawno odszukany na nowo przez piszącego te słowa, cykl fotograficznych collage Brzeskiego, pochodzący z 1933 r. Nieco późniejszy jest cykl „Zwrotnice”.
W latach trzydziestych Brzeski prowadzi żywiołowe życie twórcze. Niestrudzenie redaguje, publikuje, ilustruje. Staje się jednym z głównych animatorów życia kulturalnego ówczesnego Krakowa.
Cały czas przy tym uprawia malarstwo sztalugowe. Od 1933 r. identyfikuje się z Cechem Artystów "Jednoróg". Bierze udział we wszystkich liczących się salonach Krakowa, Warszawy i Lwowa.
I kiedyż ten człowiek, tak żywiołowo tworzący, udzielający się we wszelkich artystycznych przejawach życia ówczesnego Krakowa, w szopkach, kabaretach, literackich kawiarniach, w całym, jakżeż wtedy rozbudowanym życiu towarzyskim, za którym przepadał - kiedy ten człowiek dla "Ikaca" pracował...?!
Brzeski był jak mrówka. Nieważne, o której chadzał spać, zawsze punktualny, od południa przesiadywał w Pałacu Prasy przy zbiegu Starowiślnej i Wielopola.
A były to czasy, wyobraźcie sobie, kiedy komputerów nie było i każdy głupi przerywniczek trzeba było samemu wyrysować, zmakietować kolumny, zaprojektować okładkę, dopilnować kolorów, no i oczywiście samemu wszystkiego doglądnąć "w maszynach"..
Pod nadzorem artystycznym Brzeskiego pisma koncernu „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” utworzyły czołówkę polskich ilustrowanych magazynów; od wysoko nakładowego "Tajnego Detektywa", poprzez „Światowida", sportowe "Raz, dwa, trzy", satyryczne "Wróble na dachu", różne dodatki do "Kuriera", aż po wytwornego "AS"-a, który miał ambicje dorównania najlepszym tygodnikom świata.
„Nadzór artystyczny...” – to brzmi godnie, to brzmi świetnie. Ale w praktyce to była codzienna ciężka robota, poganiana nieustającym cyklem wychodzących tygodników; praca, której rezultat i poziom natychmiast był sprawdzany i oceniany przez dziesiątki tysięcy czytelników.
Mijają lata. Przetacza się wojna.
Kiedy w 1945 r. Marian Eile zamyślał o wydaniu pierwszego numeru "Przekroju", z natury rzeczy sięgnął właśnie po Brzeskiego, rasowego grafika prasowego, który przez całe ostatnie przed wojną dziesięciolecie kształtował wizerunek ilustrowanej prasy polskiej.
A tak nawiasem: skąd zbieżność tytułu tego krakowskiego tygodnika, przez dziesięciolecia kultowego pisma polskiej młodej inteligencji – z wcześniejszym filmem Brzeskiego...? I kto tu był ojcem chrzestnym pisma...?
Brzeski na nowo więc wchodzi w codzienny redakcyjny kierat Projektuje pierwszą - fotomontażową - okładkę do "Przekroju", a potem jeszcze wiele, wiele okładek, Jego projektu jest też stosowana do dziś - bagatela, 54 lata! – charakterystyczna winieta tego tygodnika. Jako "naczelny techniczny" pracuje w „Przekroju” do połowy 1951 r.
Przyznam, że po latach nie doszedłem ostatecznie dlaczego odszedł Brzeski z „Przekroju”. Czy krył się za tym konflikt z Naczelnym ? Zapewne tak, raczej należałoby się dziwić, jak te dwie indywidualności tak długo ze sobą współpracowały. Może był już zmęczony wieloma latami redakcyjnej harówki , może szukał spokoju, który daje niespieszne malowanie.
Chociaż tworzył przecież jeszcze wiele. Projektował okładki książkowe, sprawował artystyczny nadzór nad wydawnictwami Czytelnika", projektował plakaty i pocztówki. Pracował dla śląskiej "Panoramy", malował na ukochanym przez siebie Wybrzeżu, przy sztalugach dokumentował odbudowę gdańskiej starówki. Malował na Śląsku, który był dlań odkryciem, myślał o przeniesieniu się do Warszawy.
W listopadowy ranek 1957 r. zmęczone serce odmawia posłuszeństwa. Choć siedziba Pogotowia mieściła się o krok – na karetkę czekano zbyt długo.
Brzeski dożył zaledwie pięćdziesięciu lat. Ileż pozostawił nie zrealizowanych planów , ileż zamierzeń...!
Film i fotografia to przysłowiowe dwie minuty w historii dla tego artysty.
Związana z fotografią twórczość Brzeskiego, jego fotomontaże, kolaże - trafiła w latach osiemdziesiątych na wielkie międzynarodowe wystawy: w Paryżu, Nowym Jorku, Chicago. Na amerykańskich aukcjach osiągają one zaskakujące dla nas w Polsce ceny.
Malarstwo i rysunek Brzeskiego nam współczesnym lat końca wieku są jakby mniej znane.
A swoją drogą, zdumiewające, że twórca ten, uwikłany przez całe życie w prace redakcyjne, zabierające i czas i energię, potrafił jeszcze tworzyć w domu dla siebie, dla samej przyjemności tworzenia.
Prace Janusza Marji Brzeskiego posiadają w swoich zbiorach m.in. Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzea Narodowe w Warszawie, Krakowie i Szczecinie, placówki muzealne Gdańska i Gdyni, Sandomierza, Chorzowa, Bytomia. Znajdują się również w zbiorach prac przechowywanych przez Muzeum Karykatury oraz Muzeum Literatury w Warszawie.treść artykułu..
















