treść artykulu

Przypadki kurdyjskie

Sanandaj brzmieniem nazwy przywodził mi na myśl to, co najlepsze z dziecięcego marzenia o dalekich krajach od kiedy tylko o nim usłyszałem, czyli od jakichś dwóch dni. Mimo, że w Iranie nie jest trudno znaleźć miejsce gdzie przyjezdni się nie zapuszczają, tamtejszy Kurdystan, którego miasto jest stolicą, ma w sobie coś specyficznego. Prężna mniejszość kurdyjska w mniejszym stopniu dała się spiąć w ramy Islamskiej Republiki Iranu niż Turcy, Lorowie czy Arabowie. Pozostali trochę z boku eksperymentu ajatollahów zachowując swoją odrębność widoczną już na pierwszy rzut oka. Charakterystyczne obszerne pantole przypominające szrawary, rodzaj turbanu dżamane na głowie oraz pstrokate tkaniny noszone przez kobiety tworzą koloryt odmienny od reszty Iranu. Do wizyty w Kurdystanie zachęcała ponadto mocno zgeneralizowana mapa prowincji rysująca atrakcyjne formy terenu, a w pamięci kołatał film Kirostamiego „Uniesie nas wiatr”, który ostatecznie przekonał mnie do podjętej decyzji. Lekko tylko zastanawiał cytat z książki przemierzającego niegdyś Iran Franciszka Machalskiego: ”Kurdowie znani są z zamiłowania do grabieży i zabójstw dokonywanych na obcych”.

Dzień pierwszy

O siódmej rano zmysły są przytępione, niemniej pierwsze wrażenie z autobusu zjeżdżającego do stolicy prowincji było jednoznacznie zaskakujące. Podróże po szeroko pojętym Bliskim Wschodzie przyzwyczajają do ciepłych, pustynnych kolorów, jednak kolor ochry w ten wrześniowy poranek w Sanandaj był wszechogarniający. Skała macierzysta okolicznych gór, domy dla których stanowi budulec, wszystkie ruchomości pokryte jej pyłem i powietrze w którym organoleptycznie wyczuwalna była pyłowa zawiesina. Z biegiem dnia ochry systematycznie traciły na kontrastowości osiągając już późnym porankiem niepokojącą wyblakłą monochromatyczność nadszarpującą dobre samopoczucie. To był zwiastun.

Wycieczkę po mieście rozpocząłem w jednostce wojskowej, czyli dosyć klasycznie biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia irańskie. Chodziło o fotografowanie. Zaszło podejrzenie, że w ogólnej panoramie miasta zmieściłem budynek koszar. Podejrzenie uzasadnione, acz czyn przypadkowy. Problem w tym, że aparat  analogowy, więc zdjęcie niełatwe do wykasowania. Dlatego pewnie oblicze lekko znudzonego oficera ożywiło się na mój widok. Nawiązał się dialog (rozmowa przebiegała na pograniczu języków perskiego, angielskiego i migowego, ponadto podzielona była chwilami wahania, oczekiwania, tłumaczenia i powtórnego tłumaczenia, dlatego trwała znacznie dłużej niż może sugerować poniższy dialog, a konkretnie około 1,5 godziny):
-    Film trzeba prześwietlić i rekwirujemy wszystkie pozostałe.
-    Ale... tam są zdjęcia pamiątkowe z całego pobytu w Iranie...
-    Fotografował pan obiekty militarne, co jest surowo zabronione!
-    Fotografowałem tylko miasto. Piękne są te wzgórza z tymi kwadratowymi domami, no proszę zobaczyć. U nas w Lachistanie takich nie ma.
-    A obiekty militarne w Lachistanie można fotografować?
-    Ależ ja tylko panoramę miasta fotografowałem. Jakbym miał złe zamiary, to bym się nie wystawiał na wasz widok.
Oficer myśli, wychodzi, słyszę że rozmawia z kimś w sąsiednim pomieszczeniu. Po chwili wchodzi z pismem utkanym perskimi literkami.
-    Podpisz!
-    Co to jest? – pytam, rozpoznając jedynie napisane alfabetem łacińskim moje nazwisko i numer paszportu.
-    Deklaracja, że nie fotografowałeś obiektów wojskowych.
-    Ale ja nic nie rozumiem.
-    Podpisz!
-    Moi rodacy podpisali kiedyś pismo, którego nie rozumieli i siedzą do dziś w jakimś więzieniu w Ameryce Południowej za przemyt narkotyków.
-    Tu nic takiego nie ma.
-    Przykro mi oficerze, ale nie mogę tego podpisać.
Oficer myśli, wychodzi, słyszę że rozmawia z kimś w sąsiednim pomieszczeniu. Po chwili wchodzi.
-    Idź już. I nie fotografuj.
Więc poszedłem.

Zrobiło się południe, temperatura wzrosła do standardowych 35°C, ochry Sanandaj wyblakły ostatecznie, a mnie podkusiło, żeby wyjść na najwyższe wzgórze, bo co innego robić w środku dnia. Schodząc wycieńczony, w pierwszej linii zabudowań zamajaczyła przed oczami grupka dzieciaków z piłką. I z wiatrówką. Strzelają sobie do ptaków – pomyślałem. Wymiana powitań, imion, wymiana pożegnań. Odchodząc obracam się za siebie i widzę brzdąca celującego w moje plecy. Zaczynam biec, a za mną dzieciaki. Wpadam zdyszany do jakiegoś sklepu, pokazuję sprzedawcy, że chcą mnie zastrzelić. On wychodzi przed sklep ze spokojem, coś krzyczy, wymachuje rękami, wymierza jednemu klapsa w twarz i niebezpieczeństwo zostaje zażegnane.

Odpoczynek w parku, w cieniu drzew miał zrekompensować dotychczasowe trudy dnia. Nie zrekompensował. Spokój w samotności trwał około trzech minut. Dwóch małych pucybutków zaczęło dobierać się szczotką i pastą do mojego obuwia. Biorąc pod uwagę wszechobecny pył byłoby to pewnie nawet wskazane, gdyby nie fakt, że od miesiąca chodziłem w tekstylnych sandałach. Na nic nalegania, prośby i uniki, ich potrzeba pastowania była silniejsza. Uległem, ale nie zapłaciłem. Karą za mój nonkonformizm, był kubeł wody na koszulce, który ostatecznie sprawił, że o godzinie 15-tej, w 8 godzin po przyjeździe, mój zapał do zwiedzania Kurdystanu delikatnie rzecz ujmując opadł. Postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę, pojechałam do Marivan, kurdyjskiego „Giżycka” położonego nad malowniczym jeziorem Zarivar.

Bus nie podjechał nad samo jezioro, a miejsce w którym się zatrzymał odznaczało się jeszcze większym niż gdzie indziej nagromadzeniem dzieciaków. Samotny turysta z wielkim, spowalniającym i ograniczającym ruchy plecakiem jest dla nich łatwym celem, dlatego od razu miałem 30-osobową eskortę, której część pociągała mnie za paski wiszące z plecaka, część biegała wokół coś wykrzykując, a jeszcze inna część obrzucała grudami ziemi. Sytuacja przypominała jakąś sprymitywizowaną wersję gry w dziada, z tym że w tych okolicznościach bawiłem się kiepsko. Gdybym chociaż wiedział gdzie mam iść...
Sytuację uratował kierowca Kii, który dosyć brutalnie rozpędził prześladującą mnie bandę i zawiózł nad jezioro, pod jedyny hotel. Cena za nocleg jak za 7 dni w Teheranie. Podziękowałem.

W kraju hoteli za 3 dolary znalazłem się bez noclegu co lekko przytłumiło mój zachwyt zachodem słońca nad jeziorem Zarivan. Szemrany uchodźca z pobliskiego Iraku, wielki niezidentyfikowany wąż na brzegu jeziora i wszystkie komary Kurdystanu które zgromadziły się nad jeziorem poddawały w wątpliwość chęć noclegu pod gwiazdami, opcji jednak innej nie znalazłem. Karimata, śpiwór i szmatka na twarz jako prewencja przed krwiożerczą awifauną miały mi pomóc w udanym zakończeniu pierwszego dnia.
Zajście pierwsze przydarzyło się w chwili zasypiania. Dwa charakterystyczne kwadratowe światła irańskiego Paykana przyświeciły w stronę krzaków w których się usadowiłem. Kierowca przyśpieszył i ostro wykręcił. Manewr powtórzył kilkakrotnie i odjechał.
Zajście drugie miało miejsce już prawdopodobnie po północy. Obudziło mnie wówczas uwieranie w okolicy śledziony. Siedziało na mnie około 300 gramów jakiegoś stworzenia. Próbowałem je wziąć na przetrzymanie i się udało. Zsunęło się ze mnie i uciekło w krzaki. Prawdopodobnie przestraszyło się palpitacji mojego serca.
Zajście trzecie spotęgowało traumę już w środku nocy. Szelest krzaków i 4 czarne sylwetki z plecakami na tle rozgwieżdżonego nieba prawie nadepnęły mi na głowę. Chwilę później dwie kolejne.
Zajście czwarte było szorstkie i wilgotne. Język jakiegoś bezdomnego kundla w towarzystwie mu podobnych dopełnił przebiegu nocy i wraz z jutrznią zbudził mnie pociągnięciem po uchu wystającym spod szmatki.
Pierwsza doba w Kurdystanie dobiegła końca.

Dni kolejne

Postanowiłem dać Kurdystanowi trzecią szansę. Skoro nie wyszło w mieście ani w kurorcie, zdecydowałem się wyjechać na wieś. Wybór był przypadkowy i zdeterminowany jedynie godziną odjazdu busa. Wypadło na Janavareh, jedyną wioskę mieszczącą się swą wielkością na mapie. Kupiłem wielkiego arbuza, bo inni też kupili, zapakowałem go do busa jak inni i ruszyliśmy. W trakcie kilkugodzinnej przeprawy przez góry współpasażerowie wysiedli ze swoimi arbuzami w mijanych wioskach, a ja na końcu trasy pod sklepem z arbuzami. Płynąca przez wioskę rzeka zdawała się być optymalnym miejscem do skonsumowania tak ciężko doświadczonego owoca. Kilkadziesiąt metrów cieszyłem się nadchodzącą chwilą, dopóki 8-letni Karim nie zaciągnął mnie życzliwie, acz siłą do domu swego wuja.
Yedullah, mimo młodego wieku i kawalerskiego stanu, był w wiosce osobą szczególnie ważną. Staranne wykształcenie weterynaryjne odebrane w Sanandaj czyniły z niego zarówno miejscowego eksperta od chorób kóz, owiec i ludzi jak i osobę odpowiedzialną za kontakty ze światem zewnętrznym. Nie mogłem trafić inaczej. Na czas pobytu w wiosce stał się moim dobroczyńcą w zamian za uzyskiwany prestiż pokazania się ze mną w towarzystwie. Jak się miało później okazać, jest to swoisty barter praktykowany w całym regionie co nauczyłem się bezwstydnie wykorzystywać. Szukając wiktu i opierunku przystawałem na środku wsi, czekałem 3 minuty aż zbiorą się wszyscy mężczyźni, a następnie wybierałem rodzinę u której chciałem zamieszkać.

Kurdyjskie domy są skromne i zunifikowane. Nie ma miejsca na zbędne rzeczy, przynajmniej z kurdyjskiego punktu widzenia. Przestrzeń gastronomiczna jest całkowicie zdominowana przez kobiety, i nawet Yedullah się do niej zbyt często nie zapuszcza. Przestrzeń sypialna w zależności od zamożności i wielkości rodziny zajmuje jedno do kilku pomieszczeń. W jednym z domów gdzie byłem gościem, 4 synów gospodarza spało na werandzie, 5 córek z matką w jednym pomieszczeniu, a ja z gospodarzem i 3 innymi synami w salonie. Pokój takowy składa się z czterech niezbędnych mebli: dywanu, najlepiej ze słynącego z ich wyrobu Ardabilu i nie mniej niż 40 węzełkowego, kompletu poduszek owiniętych w dywanową poszwę na których można się oprzeć i telewizora w centralnym miejscu, zazwyczaj nakrytego ozdobną serwetką, co bez mała przypomina zwyczaje wsi małopolskiej. Trudno w tej części świata  złapać cokolwiek jakąkolwiek anteną, dlatego telewizorowi zawsze towarzyszy magnetowid. Ogląda się zazwyczaj kurdyjskie teledyski nagrywane w miejscowych plenerach, choć czasem można doświadczyć niespodzianki.

Yedullah zaprosił na wspólne oglądanie swojego pomocnika z „kliniki”. Na wpół roznegliżowana Jennifer Lopez w wydaniu koncertowym, w centrum Kurdystanu wzbudziła we mnie pewien dysonans, a u drugiego gościa coś więcej. W czasie gdy pomocnik bezwiednie syczał pochylony w stronę telewizora, zapytałem po cichu gospodarza czy nie chciałby takich ciuszków widzieć w Iranie na co dzień. Popatrzył, cmoknął i z pewną zadumą stwierdził, że wówczas patrzyłby tylko na cielesne zalety kobiet, a liczą się też inne przymioty. Trudno mi było zaoponować.  

Droga przez ozłocone późną trawą góry, z intensywną zielenią łęgów w dolinach, mogłaby skłaniać do zadumy i przemyśleń gdyby nie dwójka chłopców, którzy postanowili mi towarzyszyć absorbując nieustannie uwagę. Teren znali znakomicie. Nazwy poszczególnych wzgórz, gatunki napotkanych ptaków czy zwyczaje żywieniowe węży. Szli ze mną pół dnia odmawiając picia i jedzenia. Nie odmówili dopiero pocztówek z Teheranu, po czym zawrócili.

Cul przygotowywał się już do zimy. Z gór zwożono na osłach ostatnie snopy siana, kobiety przed domami obszywały ciepłe, wełniane tkaniny, a ulepione ze zwierzęcych odchodów komórki wypełniano swoim budulcem, głównym materiałem energetycznym w czasie mroźnych kurdyjskich zim.
Z czterech poważnych propozycji gościny wybrałem Khaleta. W domu na ścianach zamiast zazwyczaj spotykanych zdjęć owiec czy perskich inskrypcji, wywiesił wycinki z irańskich gazet sportowych przedstawiających piłkarzy. Ta zazwyczaj niezawodna płaszczyzna porozumienia okazała się w tym przypadku chybiona. Ekstraklasa irańska jest dla mnie tak samo egzotyczna, jak jakakolwiek inna dla Khaleta. Przy posiłku składającym się z chleba, ziemniaków i ryżu ujawnił swoją naturę kurdyjskiego patrioty. Po kurdyjsku. Nazwiska Ghasemlow, Khasi, Sharafghandi, w połączeniu z demokrat i przesuwnym ruchem palca po grdyce zaczęły tworzyć historię, rozwijaną w domach, w kolejnych wioskach.
Konflikt kurdyjsko – perski nie jest tak medialny jak ten w Turcji, ale przybiera podobne formy. Ograniczona autonomia przy odmiennej kulturze, języku i religii nigdy nie była dla Kurdów wystarczająca. Idea połączenia ziem kurdyjskich z Turcji, Iraku, Iranu i Syrii w jedno państwo mimo swej utopijności cementuje Kurdów ponad podziałami państwowymi. Mimo ograniczonego przepływu informacji więcej się mówi o represjach na Öcalanie czy walce o władzę w irackim Kirkuku niż o polityce Teheranu. Przywódcy polityczni irańskich Kurdów giną masowo, zazwyczaj poza Iranem i w dziwnych okolicznościach. Kurdowie nie mają wątpliwości, że za ich śmiercią stoi irański wywiad. Paradoksalnie, życzeniem wielu z nich jest atak Amerykanów na Iran, co mogłoby przyczynić się do znacznie większej niezależności jak to ma miejsce w Iraku.

W okolicy Darvishan ścieżka którą przez ostatnie dni się przemieszczałem zyskała na szerokości. Pojawiło się terenowe auto z którego na mój widok wyskoczyło pięciu mężczyzn z malutkim aparatem aby po kolei zrobić sobie ze mną zdjęcie. Najwyraźniej zdziwił ich widok obcokrajowca. Jak się okazało, ostatnim w tym rejonie był francuski profesor etnografii... przed dwoma laty.  Ale to się ma zmienić bo właśnie robią rekonesans pod budowę drogi. Wcisnęli colę, garść orzechów, banana i melona, podali pozycję i wysokość z GPS-a, jakby mi to miało w czymś pomóc i pokazali drogę w stronę Divandareh. Tam miałem już spotkać cywilizację.

Tomasz Padło
e-mail: tomchan@poczta.onet.pl

Komentarze
odśwież
artykuł dodano: 15 września 2008 ostatnia aktualizacja: 15 września 2008 wyświetleń: 1148