treść artykulu

Tajlandia

CHIANG MAI, miasto położone na pólnocy Tajlandii słynie jako baza wypadowa na adventure and trekking, czyli przygodę i wędrówki w poszukiwaniu plemion zamieszkujących te rejony. Zamieszkują tu plemiona Karen, Akha, Hmong (Meo), Yao, Lahu, Lisu i Lawa, wśród których wyodrębnić można mniejsze podgrupy, oraz kilka małych i rzadkich plemion Palong, Khamu, Thins i Mlabri.

Ponad 100 lat temu na skutek politycznych prześladowań plemiona te migrowały głównie z południowych Chin i Birmy do Tajlandii, Laosu i Wietnamu. Plemiona wybrały życie w izolacji osiedlając się na odległych terenach pośród gór i zachowują swoje tradycje i charakterystyczne, odróżniające je między sobą, stroje. Żyją w biedzie, głównie z rolnictwa, choć do niedawna jedną z podstawowych upraw było opium. Rząd Tajlandii podjął wiele wysiłków wprowadzając specjalny program mający na celu skłonienie plemion do zastąpienia upraw opium zbożami i warzywami: oczywiście handel i przemyt opium w tych rejonach zdobyły światową sławę (jeden z dwóch najważniejszych obszarów produkcji opium w Azji to tzw. Golden Triangle - Złoty Trójkąt obejmujący tereny przygraniczne Tajlandii, Birmy i Laosu; niektórzy wliczają tu też Wietnam i prowincję Yunnan w Chinach).

Plemiona oczywiście stały się atrakcją dla turystów poszukujących bogactwa kulturalnego i zachowanych tradycji i wcale nie trzeba ich szukać: Tajlandia, to kraj, który wie, jak wykorzystać wszystkie swoje atuty i budować bogactwo na turystyce i tak plemiona mają swój udział w silnym rozwoju turystyki w Północnej Tajlandii. Organizowane są wyprawy trwające od 1 do kilku dni, gdzie turyści mogą nie tylko odwiedzić te wyjątkowe wioski, ale nawet spędzić w nich noc, w połączeniu z atrakcjami takimi jak rafting, czyli spływanie pontonami po mniej lub bardziej rwącej rzece, tratwami z bambusa, jazdą na słoniach, a dla tych bardziej ambitnych - piesze wędrówki przez dżunglę. Oferta jest ogromna, oczywiście jak to w Tajlandii, wypytywanie i porównywanie ofert nic nie daje, bo agenci z reguły obiecują to, czego oczekujemy a nie to, co faktycznie jest zawarte w ofercie. Wiedziałam jedno: chcę wybrać się na „prawdziwą” jak najmniej turystyczną przygodę. Bo można wykupić jednodniową super wyprawę napakowaną atrakcjami łącznie z oglądaniem tak wyjątkowych plemienia Długich Szyi, Długich Uszu, czy nie wiem jakich jeszcze innych anomalii… Dowiedziałam się, że kiedy na kobiety z plemiona Paduang, czyli Długich Szyi uwagę zwrócili obrońcy praw człowieka i zacięcie zaczęli walczyć przeciwko nieludzkim obyczajom tego plemiona – małe dziewczynki mają nakładane mosiężne pierścienie na szyje, które stopniowo są dodawane, co ma rzekomo dodać kobietom urody (przecież długa szyja jest tak arystokratyczna), głowa spoczywa na pierścieniach i zdjęcie pierścieni, czyli pozbawienie głowy podpory, spowodowałoby śmierć – zdjęcia kobiet trafiły na okładki „National Geographic” przyciągając tłumy turystów, a tym samym… niezłe dochody dla plemienia. Ostatecznie kobiety nie chcą być „uwalniane” od tradycji: ponoć nie muszą się przemęczać pracą, za to dumnie pozują do zdjęć (oczywiście za zdjęcie obowiązuje stała opłata). Więc szukałam wyprawy w bardziej odległe zakątki, gdzie tabuny tzw. package tourist – czyli turystów, którzy wykupują pakiet 2 tygodnie na zwiedzenie Tajlandii i dlatego na przygodę w Chiang Mai mogą poświęcić 1 dzień – nie docierają. Oczywiście nie spodziewałam się dotrzeć do plemion dzikich tańczących całymi dniami w słomianych spódniczkach i nie będę Wam wmawiać, że jestem drugim Wojtkiem Cejrowskim, a jeszcze lepiej Szwarc-Bronikowskim – mówimy o Tajlandii, a nie Amazonii i o dwudziestym pierwszym wieku.

W wieczór poprzedzający wielką wyprawę zorganizowano spotkanie całej grupy z naszymi dwoma przewodnikami, żeby nas odpowiednio przygotować. Grupa miała składać się z dwóch Irlandczyków, grupy trzech Hiszpanów (2+1 dziewczyna) i mnie. Ucieszyłam się, bo Irlandczycy to zawsze mnóstwo śmiechu, piwa i dobra zabawa, a z Hiszpanami zawsze dogaduję się od pierwszego wejrzenia. Pierwszego dnia rano zapakowano nas „na pakę” samochodu terenowego. Po drodze zatrzymaliśmy się na lokalnym targu w celu zrobienia zakupów, gdzie pośród warzyw, owoców i mięsa znaleźliśmy stoiska z prażonymi robakami, żywymi żabami w woreczkach z wodą i szczurami rozkrojonymi w pół, gotowymi do smażenia. Później zatrzymaliśmy się przy pięknym wodospadzie, gdzie mieliśmy trochę czasu na relaks i kąpiel. W międzyczasie porównaliśmy plan wycieczki, jaki nam przedstawiono i oczywiście okazało się, że „wersja” Hiszpanów różni się nieco od „wersji” polsko-irlandzkiej…

Za wodospadem skręciliśmy w słabo uczęszczaną drogę i zgubiliśmy wszystkie towarzyszące nam do tej pory „jeepy”. Kiedy po trzech godzinach samochód zatrzymał się, bo oto dotarliśmy do miejsca, skąd mieliśmy zanurzyć się w dżunglę, która miała doprowadzić nas do wioski plemienia, miejsca naszego noclegu, nagle rozpadało się - dokładnie w momencie, kiedy wysiedliśmy z samochodu. Na szczęście mieliśmy plastikowe peleryny, w które wszyscy się ubraliśmy i ruszyliśmy przez las. Przewodnik powiedział, że mamy przed sobą 4 km – jedną do półtorej godziny marszu. „4 km? To nawet nie godzina! Max 40 minut!” - zgodziliśmy się ze sobą rozbawieni. Padało porządnie. Schodziliśmy w dół po rozmoczonej przez deszcz glinie. Ścieżka była coraz bardziej stroma i śliska. Całą energię i uwagę skupialiśmy na błocie pod nogami i kombinowaniu, jakby tu znaleźć oparcie dla stóp, dlatego nie czuliśmy ani zmęczenia, ani upływającego czasu, a zapewniam Was, że szliśmy dłużej niż 40 minut. W pewnym momencie wszyscy zaczęliśmy się ślizgać. W końcu zobaczyliśmy w dole wioskę, ale zejście w dół do wioski Airo (Irlandczyk) bardzo celnie posumował: „This is mental!” („To jakieś wariactwo!”). Bo w tym momencie wszyscy bez wyjątku mieliśmy tyłki brązowe od ślizgania się po błocie i byliśmy porządnie oblepieni gliną. Czym bardziej uważaliśmy, tym bardziej się ślizgaliśmy. Ostatni odcinek był naprawdę komiczny. Kilka osób z wioski przyszło nam na ratunek. Ludzie w wiosce patrzyli na nas i udawali, że WCALE się nie śmieją. My za to zrozumieliśmy, że musimy wierzyć naszemu przewodnikowi i jak mówi półtorej godziny, to na pewno NIE BĘDZIE krócej.

Wioska zamieszkiwana była przez Karen, plemię, które przybyło do Tajlandii uciekając od wojskowej dyktatury Birmy. Wioska okazało się, że żyje swoim życiem. Często mają tu grupę turystów, więc są przyzwyczajeni, ale nikt nie robi przedstawienia, nie przebiera się specjalnie. Ludzie tu noszą bardziej lub mniej tradycyjne stroje – często połączenie tradycyjnego z nowoczesnym. Zostaliśmy zakwaterowani w bamboo hotel, jak nazwał to nasz przewodnik, czyli w domku na palach zrobionym z bambusa, jak wszystkie domy wiosce. W tej części Azji domy z reguły stawiane są na palach ze względu na pory deszczowe, kiedy to tereny są totalnie zalewane. Rozpoczęliśmy od spaceru do rzeki w celu zmycia błota z siebie i naszych ubrań. (Rzeka służy tu za łazienkę oczywiście). Następnie udaliśmy się na „zwiedzanie” wioski. Spotkaliśmy młodego mężczyznę i dziewczynkę, którzy mówili trochę po angielsku i oni trochę nam tłumaczyli i odpowiadali na nasze pytania. Do pali domów poprzywiązywane były czarne świnie. Starsze kobiety trzymały w zębach fajki. Sądząc po twarzach wywnioskowaliśmy, że paliły opium. My za to w tej odległej wiosce, a jak się później okazało również w każdej następnej, mogliśmy kupić piwo – dbają tu o to, żeby turyści mieli wszystko, czego im potrzeba!

Na drugi dzień po śniadaniu, na które podano m.in. jajecznicę – jajek od miejscowych kur nie brakowało – opuściliśmy nasz bamboo hotel i ruszyliśmy ścieżką pośród zielonych wzgórz i ryżowych pól w dalszą drogę. Szliśmy przez dżunglę chyba cztery godziny aż doszliśmy do obozowiska słoni. Nasi przewodnicy przygotowali nam obiad, młodzi chłopcy umyli słonie (przezabawny widok, bo m.in. staje się słoniowi na głowie i tak z góry oblewa go wiadrami wody). Słonie były czyściutkie i wyglądały na zdrowe i zadbane. Ubrano je w dwuosobowe siedziska dla nas: żeby wejść na słonia trzeba z podestu stanąć mu na głowie i dalej zanurkować w siedzisko. Na początku dziwne uczucie, bo ścieżki takie wąskie, a do tego strome i albo w dół albo w górę a potężna noga słonia wydaje się być szersza od ścieżki. (Jak ten słoń się tu zmieści?! Ratunku!) A jednak słoń okazał się zwierzęciem niezwykle delikatnym, zgrabnym i godnym zaufania. Po jakimś czasie wszyscy delektowaliśmy się wędrówką przez dżunglę. Czasem w płytkich miejscach przekraczaliśmy rzek. Później dołączyło do nas więcej słoni z sąsiedniego obozu, w tym jedno słoniątko (które później chciało mnie zabić trąbą, jak się zorientowało, że wcale nie mam nic do jedzenia tylko cmokam do niego bez przyczyny). I tak dotarliśmy do obozu z tratwami. Tu mieliśmy spędzić noc w… bamboo hotel. Prysznic składał się z beczki z zimną wodą i kubła. Za to drewniana ubikacja – luksus! – zawierała prawdziwy „zachodni” klozet i nawet było tam lustro (no może jego kawałek…). Mieszkała tu jedna rodzina należąca do plemienia Lasu. Mężczyźni robili dla nas tratwę, oczywiście też z bambusa, a dzieciaki pluskały się w rzece. Kolacja gotowana oczywiście na ognisku była przepyszna, a po kolacji nasz przewodnik, który władał bardzo dobrym angielskim, opowiadał nam o plemionach: skąd przybyły, skąd on sam pochodził (należał do plemienia Karen), o polityce Tajlandii, konfliktach w Birmie i ogólnie wiele ciekawych rzeczy.

W nocy strasznie padało. Rano zostaliśmy wyposażeni w plastikowe worki do zapakowania swoich plecaków i ubrani w kamizelki ratunkowe. „To wcale nie wygląda dobrze…” – zaczęłam wpadać w panikę. Przed oczyma stanął mi widok nas pływających w rzece wokół przewróconej tratwy. Trudno, jakoś to przeżyję, bo czy mam inne wyjście? Już mieliśmy wejść na tratwę, kiedy rozpadał się straszny deszcz. „I tak mamy wpadać do wody, więc nie ma to teraz żadnego znaczenia czy pada czy nie…” Weszliśmy na tratwę (osiem osób) i okazało się, że jesteśmy za ciężcy. „Oj przewodniku, nie trzeba nas było tak dobrze karmić na kolację!” Wróciliśmy do „hotelu” a nasi przewodnicy w strugach deszczu domontowywali dodatkowy bambus czy dwa. Tymczasem przestało padać. Pierwsza połowa drogi była spokojna i przyjemna. Płynęliśmy powolutku z biegiem rzeki, niesamowicie wysokie drzewa na brzegach, parę razy napotkaliśmy bawoły wodne przepływające rzekę lub wylegujące się na brzegu. Niesamowita cisza: słychać było tylko ptaki, cykady, żaby i przelatujące muchy. Chłonęłam otaczającą nas soczystą zieleń i odgłosy natury i uśmiechałam się do siebie: oto jestem tu, na stronach „National Geographic”, jestem częścią krajobrazu, który tyle razy oglądałam z rozmarzeniem na stronach magazynów podróżniczych.

W pewnym momencie moją kontemplacje przerwali nasi przewodnicy, którzy zgasili papierosy (normalnie palili non stop) chwycili mocno za wiosła i kazali nam usiąść na tratwie w kucki z tyłkami w wodzie. I oto zobaczyliśmy, że rzeka przed nami zaczyna się burzyć. Woda falami uderzała w naszą tratwę. Nagle jedna fala buchnęła na mnie (kucałam z przodu) i przykryła mnie po czubek głowy. Chłopacy zaczęli się śmiać, że oto nadchodzi to, czego się obawiałam. Jednak nasi przewodnicy okazali się prawdziwymi ludźmi dżungli, co to potrafią radzić sobie z żywiołem i szczęśliwie doprowadzili nas do brzegu. Pamiętam, niższy z naszych przewodników powiedział: „Thai man like chilli: small but very strong!” (Tajski mężczyzna jest jak chili: mały, ale bardzo silny!).

Dopiero w miejscu, do którego dotarliśmy zobaczyliśmy jakieś oznaki cywilizacji, grupy turystów pontony do raftingu i samochody. Po obiedzie zapakowano nas w „jeepa”. Jadąc szosą mijaliśmy grupy turystów przemieszczających się na pontonach, tratwach i na słoniach wzdłuż szosy. To byli ci, którzy wybrali jeden dzień napakowany szaleńczymi atrakcjami. My cieszyliśmy się, że trafnie wybraliśmy organizatora naszej przygody, bo mieliśmy okazję poczuć klimat prawdziwego lasu i niezapomnianej przygody.

Obraz rodziny wodnych bawołów przepływającej rzekę na zawsze pozostanie ze mną.
__________________________________________________________________________________________

Monika Szyszłowska
Monika jest tłumaczem języka angielskiego i włoskiego, a jej największą pasją są podróże.
http://apolishgirlonrtwtrip.blogspot.com/

Komentarze
odśwież
artykuł dodano: 1 października 2009 ostatnia aktualizacja: 1 października 2009 wyświetleń: 1138