treść artykulu

Dzień w klocku

Kotva


Kolorowa gawiedź Japończyków podążając głównym turystycznym traktem Pragi przechodzi przez gotycką bramę prochową przy ulicy Celetnej, będącą jednym z symboli miasta. Po prawej stronie trasę ich wycieczki uświetnia znakomity gmach Banku Komercyjnego, przebudowany z XVII-wiecznego pałacu. Po lewej stronie góruje secesyjna kamienica Obecni Dum, będąca świadectwem stylu i kolejnym symbolem Pragi. Wchodzą na Plac Republiki. Przewodniczka wskazuje parasolką reprezentacyjny neogotycko-secesyjny hotel „Paryż” z 1904 roku z cenami już od 230 euro za pokój. Dookoła blichtr i luksus... no i Kotva.
To był dar. Dar dla społeczeństwa. Siedem poziomów działalności handlowo-usługowej w samym środku czechosłowackiej Pragi. Największy i najokazalszy dom handlowy w całym kraju. Gmach zaprojektowany przez małżeństwo czeskich architektów Verę i Vladimira Machoninovych, a wybudowany w latach 1970-1975 przez szwedzką firmę SIAB miał być symbolem normalizacji i równocześnie dobrej kondycji socjalizmu. Otwierano go ze splendorem, na zakupy przyjeżdżały autokary z całego kraju a nawet z zagranicy. Lud to kupił. Tylko bohema płakała, że „postawiono kloca” w starym mieście.
Czasy się zmieniły, powstały nowe, jeszcze większe centra handlowe, a Kotva dostała się w cień jako pamiątka niedobrego systemu. Zaczęło o niej być głośno w 2007 roku, gdy przedłożono wniosek o wpisanie Kotvy na listę zabytków. W mieście zawrzało, społeczeństwo praskie spolaryzowało się wokół sprawy podobnie jak Warszawiacy w czasie debaty nad przyszłością PKiN.

W środku Kotvy panuje jednak względny spokój.

Piętro V
lokal Tropison

Betonowa rura mieści w sobie schody i szyb windy z okienkiem, w typie znanym z rodzimych blokowisk. W windzie tylko dwa przyciski: P i 5. W drodze do klubu Tropison jest więc czas na lekturę ulotek i wklejek zdobiących pilśniową ściankę windy. Anonsowane są pokazy salsy i występ kapeli „Havana” z Trutnova, ale to dopiero w piątkowy wieczór. Poza tym w Kotvie, a przynajmniej w windzie rządzi Sparta Praga.
Obite dermą, chromowane krzesła i wypalcowane lustra na ścianach lokalu budzą skojarzenie z komediami Bareji. Skojarzeń dopełnia krzywo sklejona fototapeta przedstawiająca grecką wyspę Santoryn spopularyzowaną w wielu tego typu miejscach. Jest wszystko co trzeba: czar „Południa”, tęsknota za słońcem, szczypta kosmopolityzmu.
Dziś na sali pracuje Mirka, związana z Tropisonem od trzech miesięcy i na pół etatu. Przed pracą studiuje, choć wg Mirki raczej po studiach pracuje. Praca jak każda inna, choć jak zauważa, klienci nietypowi. Trudno jej zdefiniować tą grupę. Twierdzi że turyści na dach Kotvy raczej nie docierają a miejscowy „establishment” preferuje lokale mniej przestronne i raczej ciemniejsze. No i jedni i drudzy nie przepadają za muzyką latino.

Piętro IV
meble, meble, szlafroki, meble

Pośród sklepów meblowych czwartego piętra jeden wyróżnia się wyjątkowym miszmaszem stylów i nad wyraz skrupulatnym wykorzystaniem przestrzeni. Duże zagęszczenie różnokolorowych i różnokształtnych mebli sprawia wrażenie tandety. Towary nie są jednak tanie. Za przesuwanym kawałkiem styropianu, przy masywnym biurku za 9998 koron, siedzi kobieta w średnim wieku z trwałą w kolorze srebra. Podejrzliwie spogląda znad okularów w charakterystyczny, belferski sposób. Nie chce się przedstawić, co nie znaczy że jest oratorsko powściągliwa. Po chwili się rozpręża. Rzecz pozornie dotyczy dębowego regału: „Kilka lat temu były podobne, ale włoskie. Teraz nikt włoskiego nie kupi, bo bardzo drogi, a ten jest chiński, jak prawie wszystko tutaj... włoski styl, ale chińskie... wszystko prawie chińskie, dlatego ucz się chińskiego! U nas już nic nie robią, wszystko w Chinach i Ameryce! Zachód wszystko wykupuje! Nawet za wodę która płynie w Czechach płacimy holenderskiej firmie! Nie ma już nic czeskiego. U was jest tak samo. Będzie jeszcze gorzej, dlatego jedź do Ameryki. Teraz tylko do Ameryki. Kotvę też wykupili, ale nie wiem kto... ale na pewno z Zachodu. Po drugiej stronie też dom handlowy. Po co to komu? Po co więcej budować? W Warszawie Starówka spokojna, można usiąść, a tu? Wszystko zmieniają. Cywilizacje wszystkie upadają, egipska, rzymska, Hitler, upadnie i amerykańska. Następna będzie chińska, ucz się chińskiego!”
   
Piętro III
obuwie, pościel, akcesoria dla psów, torby i walizki, towary „luksusowe”

Na stoisku jest chyba wszystko o czym może pomarzyć rupieciarz - eklekta. Jeśli obrazy, to przekolorowane pejzaże lub przejrzałe martwe natury, jeśli stoły to ze zbyt wielkimi blatami i nazbyt fikuśnie powykrzywianymi nogami. Ponadto kryształowy lew, gipsowy sfinks, wypreparowany rekin, plastikowe owoce, smukłe czaple zdobione półszlachetnymi kamieniami no i zegary szafowe. Na nich Nikos zna się najlepiej. Jak przystało na Greka, mówi dużo, ale nie wszystko. Przyjechał do Pragi w 1967 roku studiować „winiarstwo” na miejscowej Akademii Rolniczej. Co robił w Czechosłowacji przez ten czas? Dlaczego zdecydował się na Pragę w owym czasie? O tym akurat nie chce mówić.
Oczkiem w jego głowie jest dwumetrowy zegar Howard Miller z mechanizmem Kieninger. Mógłby opowiadać o nim godzinami, ale ogranicza się do przedstawienia historii czterech kurantów. Po 10 minut na każdy. Wie, że nie jestem na zakupach, niemniej doświadczam pełnego procesu promocji. W nagrodę za cierpliwość wręcza mi niebieską gumową bransoletę z napisem I love Czech Republic... I drugą, różową dla dziewczyny.
 

Piętro II
szkło, artykuły sportowe, obuwie dziecięce, wyroby skórzane

W zachodnim skrzydle drugiego piętra atmosfera Kotvy nabiera światowego charakteru. Bliskość elewatora, okno z widokiem na Plac Republiki i przestronne wnętrze sprawiają, że miejsce wydaje się być prestiżowe. Słychać języki obce. Dominuje rosyjski, rzadziej angielski i włoski. Powód jest prozaiczny: duży wybór czeskiego szkła i porcelany. Między symetrycznie ułożonymi półkami krzątają się panie w eleganckich koszulach ze stylowym logo sklepu, a na półkach kilkudziesięcioelementowe porcelanowe zastawy stołowe sąsiadują z glinianą gęsią rodziną do stawiania na parapecie. Nad jednym z segmentów czuwa Janina spod Płocka.
Przygodę z Czechami rozpoczęła w 1972 roku, zaraz po maturze, w fabryce w Pilźnie. Po pół roku wróciła do Polski, dla której była już stracona. Ze swym doświadczeniem w przemyśle po kilku miesiącach wróciła do pilzneńskiej Skody na kierownicze stanowisko. Poznała żołnierza z którym rozpoczęła tułaczkę po jednostkach wojskowych czechosłowackiej armii. Mieszkała więc i w Litomierzycach i w Terezinie, by w 1995 roku na stale osiąść w Pradze, przy ministerstwie. W tym samym roku zaczęła przygodę z Kotvą. 12 lat na jednym piętrze, w jednym narożniku, ale u kilku pracodawców. Dziś pracuje dla firmy Porcelan +, ale podobno nadchodzą kolejne zmiany. Nie ma do nikogo żalu, że po tylu latach jest sklepową. Rodzina jej to  rekompensuje. Mąż jest oficerem, syn się doktoryzował w bliżej niesprecyzowanej profesji, a córka choć skończyła ekonomię, pracuje jako stewardessa, gdyż za 20000 koron siedzieć w biurze nie będzie. Żal jej tylko Kotvy. „Dawniej Kotva była bardzo modna i popularna. Wszystko tu można było kupić, a dziś „tylko szmaty”. Zostały artykuły gospodarstwa domowego, sklep z zabawkami i jeden odzieżowy”. Nie wie o konflikcie wokół Kotvy, ale słyszała, że mają zamiar ją modernizować. Kto? „Oni”.

Piętro I
moda damska, moda męska

Daniela przykuwa powszechną uwagę bardzo sprawnym i lekko perwersyjnym naciąganiem pończoch na nogi manekinów. Takich nóg na stoisku ma kilkadziesiąt, z których każda wskazuje palcami zaciek na stropie kondygnacji. Młodziutka, tleniona blondynka dobrze wie jak się uśmiechnąć do klienta, żeby zainteresować stoiskiem. Może również towarem. Wie też o tym jej matka, właścicielka sklepu, z bardziej powściągliwą mimiką twarzy i kontrolnym spojrzeniem powstrzymującym Danielę przed nadmiernym spoufalaniem się z klientami. O pończochach i rajstopach wiedzą wszystko. Śledzą trendy, zamawiają nowinki, starają się wyprzedzić konkurencję. Popyt wzrasta, interes idzie świetnie. Renesans przeżywają pończochy, również wzorzyste i kolorowe.
A Kotva? „Zabytek? Stary, to chyba zabytek?” A jak stary? „No... 50 lat?”

Parter
wyroby jubilerskie, perukarnia, kapelusze, punkt fotograficzny

Parter Kotvy to centrum redystrybucji klientów, więc i ruch największy i czynsz droższy i stoiska małe, silnie zagęszczone i przepełnione chodliwymi towarami o dyskusyjnej jakości. Są więc parasole i kapelusze na beznosych manekinach, zegarki z tych tańszych, różnokolorowa herbata w różnokolorowych pudełkach i sklepy jubilerskie ze złotem wrzeszcząco żółtym. W samym centrum tego rozgardiaszu znajduje się budka ze sklejki obwieszona z każdej strony perukami. Wszystkie kolory, każdy typ włosów, sprzedaż, przeróbki, doradztwo. Wszystko na 2 metrach kwadratowych, z Haną za ladą. Patrzy spod oka na moją bujną czuprynę, ale z rozległych pokładów świadomości odzywa się jej niczego nieświadoma żyłka handlowa, błyskają oczy i mówi: „japoński materiał, japoński najlepszy” i podaje blond perukę, jeszcze bujniejszą od moich włosów. Po wewnętrznej stronie potylicy niezdarnie wychodzi metka z demaskującym MADE IN CHINA. Handlowa żyłka wskakuje na wyższy poziom zaawansowania i prostuje: „zrobione w Chinach, ale z najlepszego, japońskiego materiału.”

Poziom –1
parking

Parking podziemny ma 9 poziomów. Na najniższym robi się już ciepło. Świadomość głębokości przytłacza nie mniej niż 8 poziomów nad głową. Tutaj mało kto parkuje. Trzeba się „nakręcić” w wąskich pasażach, a poza tym kierowcy czują dziwną obawę przed zjechaniem tak nisko. Widać, że tych kilka aut stoi tu nie od dziś. Również kolor poziomu zniechęca. Powyżej jest różowo, seledynowo, błękitno, optymistycznie, ale nie tu.
8 pięter wyżej, na poziomie –1 toczy się życie parkingu. Bramka wjazdowa, pasaż do supermarketu, budka ochroniarzy i myjnia ręczna. Szefem myjni jest Dymitr. Niewiele mówi, bo nie chce. Wspomina tylko, że z Ukrainy, ze Lwowa ...i że tam nie lubią Polaków. 5 lat w myjni, ale wciąż pogwizduje gdy podjeżdża Mercedes, czy Maserati.  Moje zdumione spojrzenie uprzedza stwierdzeniem, że są dobrzy w tym co robią, dlatego nawet „bryki” tu przyjeżdżają. W kąciku, na  przybrudzonej białej ścianie wisi mała umywalka skąd doprowadzona jest szlauchem woda. Nad nią zmęczony plakat formuły 1 pamiętający zapewne Ayrtona Sennę, stary fotel ufajdany smarem i kilka gąbek na pojemnikach z olejem. Maserati każe jednak wierzyć w profesjonalizm obsługi. Gąbkę chwyta mrukliwy facet o bałkańskiej aparycji i podchodzi dając wyraźnie do zrozumienia, że powinienem wykasować wszystkie zdjęcia z „jego” myjni. Na poziomie –1 praskiej Kotvy się nie odmawia.

Zaplecze

Jest wysoki, łysy i szeroki, ale najwyraźniej niegroźny. Popielaty uniform dodaje mu charakteru, ale równocześnie wtłacza w ramy pracowniczego konformizmu. Spokojnie acz stanowczo prosi za sobą. Wszystko dlatego, że „węszę”. Chodzę, odpytuję i niczego nie kupuję. Poza tym bez pozwolenia fotografuję. Prowadzi mnie przed oblicze Aleny. Jej ładnie uczesane włosy, dobrze skrojona garsonka, subtelny makijaż i bezkompleksowy angielski z akcentem zdradzającym zagraniczną edukację powodują pewien dysonans na linii Alena – Kotva. Na wizytówce dumne „marketing manager” i adres internetowy na serwerze irlandzkiego konsorcjum Donaldson’s, właściciela Kotvy. To wiele wyjaśnia. Alena przestrzega, upomina, ale również informuje, że rozpoczyna się przebudowa Kotvy. Zabytkiem oficjalnie jeszcze nie jest, więc warto zdążyć przed potencjalnymi ograniczeniami z tym związanymi zwłaszcza, że rynek jest wymagający i trzeba spełniać oczekiwania klienta. Konkurencja nie śpi, trzeba się modernizować.
Tajemnica handlowa ogranicza ciągnięcie wątku.

Przed Kotvą od pewnego czasu wyjątkowo gwarno. Nie ma już dźwigów, które przez wiele miesięcy blokowały miasto, jest za to świeżo wyremontowana neogotycka fasada, za którą mieści się oddany w październiku do użytku nowoczesny kompleks handlowo-usługowy Palladium. Po trzydziestu latach istnienia Kotvie wyrosła konkurencja.

Tomasz Padło
e-mail: tomchan@poczta.onet.pl
Komentarze
odśwież
artykuł dodano: 12 sierpnia 2008 ostatnia aktualizacja: 6 czerwca 2009 wyświetleń: 1163