treść artykulu

Maroko na kółkach

Ceuta. Skrawek Europy na kontynencie afrykańskim trzyma się mocno. Druty kolczaste, siatki zbrojone i tłum Marokańczyków na wzgórzach wypatrujących jakiejś szansy na sforsowanie bariery. My przechodzimy bez problemów, bo w drugą stronę. Namacalnie czuć, że coś się zmienia i że od teraz będzie inaczej.

Taksówka do Tetuanu czeka zaraz za przejściem granicznym. Zresztą nie jedna. Łatwo je poznać  mimo braku oznaczenia. Wszystkie są wysłużonymi Mercedesami z lat co najwyżej wczesnych 80-tych i wszystkie w tym samym, błękitnym kolorze.
Targi o cenę i określanie miejsca docelowego trwają kwadrans. Pakujemy cztery duże bagaże do bagażnika, sami siebie do środka i czekamy, nie wiedząc na co. Dosiadają się jeszcze dwaj miejscowi podróżni i w składzie 6 + kierowca + gałka od szyby w prawym udzie + lewarek na piątym biegu w lewym udzie Mirka ruszamy na południe.

Uno 1.0

Jak na miano jednego z miast królewskich i milion oficjalnych mieszkańców, poziom usług transportowych w Meknes pozostawia do życzenia. Z dwóch znalezionych wypożyczalni samochodowych zdecydowaliśmy się na tańszą, prawdopodobnie dlatego, że prowadzona była przez młodą i nad wyraz rezolutną kobietę, co w warunkach arabskich nie bez powodu nas zaintrygowało. Uraczyła uśmiechem i pewnością siebie, dlatego bez zaglądania pod maskę wzięliśmy pierwszy i jedyny zaoferowany samochód. Los wskazał białego, pięciodrzwiowego Fiata Uno 1.0 o mocy silnika 45 KM, marzenie Marokańczyków, ale nie koniecznie turystów zorientowanych na eksploatację auta na afrykańskich; bądź co bądź; bezdrożach. Legitymacja studencka i karta maestro jako zastaw za wynajęcie auta wzbudziły lekkie podejrzenia co do stopnia sformalizowania działalności i jakości samochodu, ale urok osobisty „Fatimy” w powiązaniu z naszym brakiem obycia w kwestiach technicznych nie pozwoliły na trzeźwy ogląd sytuacji.

Wyjazd z miasta bywa kłopotliwy nawet w warunkach europejskich. W Meknes brak rozeznania przestrzennego był zaledwie wstępem do poznania zawiłości miejskiej kultury motoryzacyjnej. Wszechogarniające, niczym nie sprowokowane dźwięki klaksonów nie robiły wrażenia po wcześniejszych doświadczeniach w podróży, poobijane i porysowane samochody można znaleźć w dużym nagromadzeniu i w Neapolu, zakratowane światła taksówek były nam znane z innych metropolii północnej Afryki, bardzo nas jednak zaskoczyło zwykłe, codzienne stanie na światłach. Czteropasmowa ulica z wyraźnie namalowanymi liniami, kulturalnie zajęty prawy pas, standardowa już kakofonia klaksonów i niestandardowe wrzaski w naszym kierunku ze stojących obok aut. Szybka analiza kazała stwierdzić, że cztery pasy są zajęte przez 6 samochodów, a nasze „rozpasane” na całym pasie Uno nie pozwala wcisnąć się siódmemu. Zrobiło nam się przykro. Postanowiliśmy już takich błędów nie popełniać.

Pustynia     

Na początek postanowiliśmy wypróbować nasze auto w warunkach pustyni piaszczystej. Decyzja co do wyboru kierunku była prosta, bo paradoksalnie piasku w Maroku zbyt dużo nie występuje. W jego poszukiwaniu wszyscy udają się na Erg Chebbi. W drodze była okazja zapoznać się lepiej z naszym nabytkiem. Jeszcze w mieście okazało się, że magnetofon wciągnął na stałe kasetę uniemożliwiając przy okazji jej przesłuchanie. Radio nie działało, wycieraczki również. Po co nam jednak wycieraczki na pustyni? Auto ponadto wykazywało pewną tendencję nadsterowności i lewoskrętu, do czego można było się jednak szybko przyzwyczaić. Jedynie nie otwierająca się maska budziła pewien niepokój, który został trochę złagodzony znalezionymi w bagażniku młotkiem i śrubokrętem.

W mieście Merzouga, które stanowi „bramę” piaszczystej Sahary wyraźnie wzrósł udział turystów, reprezentowanych głównie przez wielkie samochody kempingowe Francuzów i Włochów oraz mniejsze, miejscowe, terenowe wynajmowane nie zmotoryzowanym amatorom pustynnych doznań. Idealne miejsce aby skonfrontować encyklopedyczną definicję „pustyni” z jej realnym potencjałem turystycznym. Droga do wydm odbywała się więc w ciągłym towarzystwie podążających tam samochodów. Niespodziewanie więc asfalt zmienił się w szuter, by następnie przybrać charakter rozjeżdżonej żwirowej równiny. Z orientacją nie było problemu, gdyż wszystkie ślady prowadziły do wydm. Jedyną niedogodnością były występując gdzieniegdzie połacie piasku, które zaznaczały swoją obecność unieruchamiając już mniej dumnych właścicieli kempingów. Fiacik budził aplauz bezkompromisowym pokonywaniem piaszczystych przeszkód, mimo zawieszenia obciążonego czterema dorosłymi osobnikami z dobytkiem.
Wokół wydm rozsiały się liczne hoteliki z ciepłymi posiłkami, zimną coca-colą  i mniej lub bardziej ekskluzywnymi warunkami noclegowymi. W szczycie sezonu są zapewne w stanie przyjąć więcej turystów niż Dziwnów z Dziwnówkiem razem wzięte.
Przewodnik Lonely Planet stwierdza jednoznacznie – wschód słońca na wydmach Erg Chebbi jest magnificent, incredible oraz fantastic. Wszyscy inni turyści zgromadzeni w rzeczonych hotelikach mogli wyczytać w swoich przewodnikach dokładnie to samo, dlatego tylko w pierwszej chwili zaskoczył nas fakt, że o piątej rano wszystkie wydmy były już zajęte! Na Saharze! Ot, pustynia.

Autostopowicze

Rachityczna sieć połączeń komunikacyjnych Maroka wraz z bogatymi doświadczeniami własnymi skłoniły nas do dosyć karkołomnej decyzji zabierania autostopowiczów. Założenie proste – skoro 7 osób wchodzi do taksówki bez konsekwencji prawnych, 5 na pewno wejdzie do Uno 1.0. Pierwsza okazja przytrafiła się w dolinie Dades. Gaj palmowy otoczony bajecznie zerodowanymi wychodniami skał piaskowcowych, z kazbą pamiętającą może jeszcze Saadytów, był idealnym miejscem na odpoczynek i interakcje z miejscowymi. Z kolei spotkana starsza kobieta z dwoma wiadrami daktyli i silną potrzebą dostania się do rodzinnej miejscowości wydała się idealnym obiektem do spełnienia dobrego uczynku. Decyzja była więc jednogłośna i natychmiastowa. Statystyka cicho podpowiadała, że kobieta marokańska występuje średnio z jednym mężem i szóstką dzieci. Realia zostały za pierwszym zakrętem zweryfikowane gromadką chłopców z mężem pasażerki, rowerem i kilkoma miednicami. Staraliśmy się jak to możliwe, ale rower, ojciec i dwóch synów musieli zostać na działce. Pozostał żal, że akurat chłopiec z kolorowo objawiającą się chorobą lokomocyjną załapał się na nasz kurs.

Przewodnik ostrzega przed zabieraniem fałszywych autostopowiczów w dolinie Draa, którzy rzekomo często okazują się handlarzami dywanów. W momencie przeczytania przestrogi, Ahmed siedział już z nami w aucie i podążaliśmy wspólnie w kierunku Zagory.
Trzypiętrowy masywny dom przed którym kazał się wysadzić zdawał się kryć wiele skarbów i tajemnic. Szybko mieliśmy je poznać, bo Ahmed chciał się zrewanżować za podwiezienie, a gościny w Maroku się nie odmawia. Dom w sezonie turystycznym zamieszkały był przez ojca z trzema synami, podczas gdy żona z córkami zajmowały się majątkiem wiejskim z dala od praktykowanych przez mężczyzn miejskich „sztuczek”. Herbata szybko przemieniła się w pokaz wszelkiego rodzaju akcesoriów „niezbędnych” dla każdego szanującego się turysty po „niesamowicie korzystnych” cenach. Układ domu okazał się nad wyraz klarowny. Parter zajmowały dywany i tkaniny, pierwsze piętro naczynia i instrumenty, a drugie piętro biżuteria. Dla każdego coś miłego. Dwie godziny oglądania nie wystarczyło. Mężczyźni podjęli więc decyzję zaoferowania nam noclegu. Po krótkim spacerze po mieście nastała kolej na kolejne pokazy asortymentu i oswajanie się z myślą, że to, co nam się wcześniej spodobało, jest w naszym zasięgu cenowym. Kolacja była istotnym elementem przekonującym, że ta niezobowiązująca gościnność wymaga jakiegoś wkładu własnego. Tradycyjne tajine w wersji de luxe, pokaz zdolności wokalnych i instrumentalnych naszych gospodarzy, przyspieszony kurs tańca regionalnego i wygodne dywany na dobranoc, były znakomitym preludium do zakończenia transakcji następnego dnia. Wąż w kieszeni zawalczył z poczuciem przyzwoitości i walkę przegrał. Postanowiliśmy kupić po jednej niepotrzebnej rzeczy na osobę. Pożegnaliśmy się nie bez żalu. Każdy ubił świetny interes, mimo że skórzany portfel okazał się bawełniany, a oryginalne i niespotykane beduińskie obręcze zalały tego roku bazary od Tangeru po Agadir.

Przełęcz

Już dawno skończyły się czasy, kiedy przełęcze Atlasu Wysokiego były dostępne jedynie dla dobrze wyekwipowanych ekspedycji, niemniej wysokości rzędu 2300 m n.p.m. działały na wyobraźnie w kontekście osiągów naszego auta. Podeszliśmy więc do naszej przełęczy z należytym respektem. Pokonywanie serpentyn w stronę Tizin Tichka rozregulowało układ kierowniczy fiacika i powodowało pewne niewydolności silnika. Przy każdym skręcie w lewo zwalniał samoczynnie do 30 km/h i sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego. Poza tym jego apetyt wzrósł dramatycznie. Nie przewidzieliśmy tego.

Zazwyczaj przełęcz wysokogórska zwieńczona jest drogowskazem, czasem kapliczką w wersji lokalnej, rzadziej parkingiem czy punktem widokowym. Tizin Tichka jest inna. Dojeżdżając tam późnym wieczorem zastaliśmy regularną osadę z restauracjami, miejscami noclegowymi i salonem sprzedaży Mitsubishi. Kwestią czasu była wymiana dewiz i nakarmienie naszego Uno, któremu kontrolka zaczęła się świecić 40 kilometrów przed przełęczą. Tak nam się wydawało. Kurs czarnorynkowy dolara był dwukrotnie wyższy od oficjalnego, podobnie jak cena benzyny. Czterech turystów skażonych krakowskim poszanowaniem pieniądza nie mogło się dać w ten sposób naciągnąć. Rozpoczęliśmy intensywne działania logistyczne. Na pierwszy ogień poszedł pracownik autosalonu. Wyartykułowane powoli pytanie w kilku językach brzmiało następująco: „Ile kilometrów jest do najbliższej stacji benzynowej?” Na odpowiedź musieliśmy poczekać kilka minut, gdyż zawarła się w starannie narysowanych i dwukrotnie przeliczonych 108 kreskach. Rzut oka na mapę sprokurował reakcję: „Nie! Nie chodzi o Marakesz,  tylko o NAJBLIŻSZĄ stację benzynową”. Po chwili na drugiej stronie tekturki mogliśmy doliczyć się już tylko 64. kresek.

Decyzja była trudna i delikatnie mówiąc nieracjonalna - czekamy do świtu i zjeżdżamy na luzie. Gdzieś coś świtało o jakimś hamowaniu silnikiem w warunkach górskich, ale było to w na tyle odległych pokładach potylicy, że nie doszło do grupowej świadomości. O siódmej rano zaczęliśmy zjazd. Przezornie postanowiliśmy co kilka kilometrów delektować się krajobrazami górskimi i dać wystygnąć hamulcom. Już na pierwszym kilometrze nieopatrznie zblokowała się kierownica i tylko szybka reakcja pasażera uchroniła przed stoczeniem się w dół, niekoniecznie po asfalcie. Na dwudziestym kilometrze złapaliśmy gumę, bo gdzie mielibyśmy ją złapać jeśli nie wysoko w górach, z pustym bakiem, na wąskiej drodze na którą trzeba wypakować cały bagaż, aby dostać się do koła zapasowego. Kilka kilometrów dalej udało się w wiosce wymienić trochę dolarów na wszelki wypadek i na potencjalne paliwo. Na około 40. kilometrze studząc hamulce daliśmy się skusić rosnącym przy drodze opuncjom, które mają nieprzyjemną właściwość wbijania mikroskopijnych igieł w wewnętrzne części palców kierowcy z lekka uniemożliwiając pewne trzymanie kierownicy. Na 64. kilometrze zaczęło być pod górę, a mijana stacja benzynowa okazała się szczelnie zamkniętą stacją benzynową. Fortuna się do nas uśmiechnęła chwilę potem. Benzyna, wulkanizator i mechanik z Francuzem pod jednym dachem. Nasze Uno było uratowane.

P.S.
Autor nie zachęca do powielania typu zachowań przedstawionych powyżej. O ile jednak zabieranie autostopowiczów pozwala lepiej przyjrzeć się lokalnej społeczności, nieroztropne zachowania na drodze lepiej ćwiczyć w krajach o bliższej nam kulturze i pod opieką osób starszych.

Tomasz Padło
e-mail: tomchan@poczta.onet.pl
Komentarze
odśwież
artykuł dodano: 3 listopada 2008 ostatnia aktualizacja: 3 listopada 2008 wyświetleń: 631