Laos: w poszukiwaniu etnicznych wiosek
O LAOSIE słyszałam od wielu napotkanych po drodze podróżników, że jest najbiedniejszy, najmniej turystyczny, najspokojniejszy i zachował najwięcej tradycji spośród krajów Azji Południowo-Wschodniej. Słyszałam, że warto wybrać się do wiosek w północnej części kraju, zamieszkiwanych przez plemiona, które zachowują swoje tradycje i żyją tak, jak 100 lat temu w izolacji i jeszcze nie dotarła tam turystyka rozwinięta tak, jak w sąsiedniej Tajlandii, dzięki czemu doświadczenie będzie bardziej prawdziwe.
Niestety nie miałam żadnych nazw miejsc ani szczegółów, gdzie ich szukać. Wyglądało na to, że wszyscy z Chiang Mai zmierzali prosto do Luang Prabang – najbardziej znanego i turystycznego miasta Laosu. Przyjaciel opowiadał mi o Fong Sali, ale było to daleko na północ, musiałabym mocno odbić od planowanej trasy, a co najgorsze – przy stanie dróg w Laosie – oznaczałoby to BARDZO długą i męcząca podróż (mówimy o DNIACH w autobusach a nie godzinach). I oto w ostatniej chwili, na dworcu autobusowym, z którego miałam dostać się do granicy tajsko-laoskiej, spotkałam parę podróżników, którzy okazało się, że właśnie wracają z treku do plemion Akha nie daleko od granicy. „Trek był trudny, przez dżunglę, ale jeśli chcesz spędzić czas we wiosce prawdziwego plemienia, takiego, które rzadko widzi białych ludzi, to warto”- zapewnili mnie z oczami błyszczącymi na samo wspomnienie przygody. Ich autobus już odjeżdżał, więc tylko napisali mi na świstku papieru nazwę miejsca, do którego mam się dostać: VIENG PHUKHA.
Granicę przekraczało się… łodzią. Przy wypełnianiu wniosków o wizę i wymienianiu waluty zapoznałam się z innymi podróżnikami i tak miło spędziliśmy wieczór w przygranicznym miasteczku Huay Xai. Między innymi zapoznałam parę francuskich fotografów, którzy też szukali informacji i towarzystwa, aby dotrzeć do plemion Akha, bo marzyli o wyjątkowych fotografiach ludzi i… spotkaniu szamana, z którym mogliby wypalić opium. Tak więc była nas trójka. Na drugi dzień dotarliśmy minibusem do Vieng Phukha. Wysiedliśmy, rozejrzeliśmy się dookoła: prosta uboga wioska, żadnych turystów. Skromna tabliczka, jakby nieśmiało wskazywała kierunek do tourist office i guesthouse. Główną ulicę stanowiła udeptana droga. Wszyscy miejscowi nie spoglądali, ale GAPILI się na nas, dzieciaki albo były oniemiałe na nasz widok albo witały nas pozdrowieniem „sabaidee”. Oto główny rynek: udeptany plac z prostymi… cóż trudno nazwać to straganami czy stoiskami. W pierwszym domku oznaczonym tabliczką guesthouse (pensjonat) zastaliśmy gromadkę dzieci i drzemiącą właścicielkę. Cała gromadka była zszokowana, że oto pojawili się jacyś turyści się, obudzono matkę, która była jeszcze bardziej zaskoczona niż dzieci. Obejrzeliśmy, powiedzieliśmy, że się zastanowiliśmy i udaliśmy się w kierunku biura turystycznego. Przy drodze ciągnęły się domki pokryte strzechą w otoczeniu palm, obok pasące się zwierzęta i nawet zobaczyliśmy małpkę (czy to gibbon czy makak?). Wciąż brak jakichkolwiek oznak turystów. Byliśmy… zachwyceni! Już czuliśmy, że oto czeka nas prawdziwa przygoda! Miły niziutki pan w biurze turystycznym (jedynym tu i rządowym) przedstawił nam ofertę i zdecydowaliśmy się na trzydniowy trek. Zameldowaliśmy się w drugim z „pensjonatów”: prysznic wodą z kubła i elektryczność dzięki generatorowi prądu w godzinach wieczornych, przy czym zaznaczyć muszę, że niewiele domów stać było na taki luksus jak prąd.
Nazajutrz rano spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem, kawałek podwieziono nas samochodem a dalej pieszo – zanurzyliśmy się w dżunglę. Szliśmy pośród niesamowitej zieleni, minęliśmy gaj bananowy, przekraczaliśmy rzeczki i strumienie (na szczęście woda była najwyżej do kolan), opuszczoną na skutek pożaru wioskę, aż popołudniu dotarliśmy do rzeki u podnóża góry. „Na szczycie tej góry jest wioska AKHA, nasz cel i nocleg na dziś, jeśli chcecie się wykapać, to tutaj w rzece, bo w wiosce nie ma wody”, oznajmił nasz przewodnik. Oczywiście chętnie zmyliśmy z siebie brud i pot nagromadzone podczas wędrówki. Kiedy dotarliśmy do wioski zastaliśmy tylko dzieci i kilka matek z niemowlętami, gdyż dorośli, jak objaśnił nasz przewodnik, pracowali jeszcze w polu przy uprawie ryżu. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy dzieci powitały nas… płaczem. Ze strachu, bo rzadko zdarzało im się widzieć białych. Więc płakały i uciekały na nasz widok! Tego zupełnie się nie spodziewaliśmy… Przewodnik zaprowadził nas do miejsca naszego noclegu: domku na palach pokrytego strzechą, takiego jak wszystkie inne domy we wsi.
Po jakimś czasie Dawid, Francuz, wpadł na pomysł, żeby nawiązać kontakt z dziećmi, a cóż może być bardziej przemawiającym i uniwersalnym językiem na przekazanie intencji czy emocji jak nie sztuka? Mieliśmy zeszyty i kredki, które zabraliśmy ze sobą specjalnie w celu podarowania dzieciakom. Dawid usiadł pod drzewem i zaczął rysować to co widzi: wioskę i dzieci. Otaczająca go garstka dzieci urosła do ogromnej grupy. Dołączyłam do niego i tu nareszcie po latach przydał się mój talent. A Dawid wyjaśniał co rysuje: najpierw po angielsku, co było zabawne, bo tak naprawdę to on nie znał angielskiego, później stwierdził, że to wszystko jedno, bo przecież i tak nikt tu nie rozumiał angielskiego, więc przeszedł na francuski, czym wywołał ogromną radość i śmiech – okazało się, że dźwięk języka francuskiego był zabawny. Powoli rodzice zaczęli wracać z pola i dołączyli do naszej gromady, a że zapadł zmierzch to nawet ktoś zaczął przytrzymywać nam świeczki, żebyśmy widzieli. Myślałam wtedy, że to tak, jak kiedy biali nawiązywali pierwsze kontakty z Indianami. Dzieci oglądały nas nieśmiało i dyskretnie, ale studiowały dokładnie nasze twarze i stroje. A my oglądaliśmy dzieci: ich tradycyjne czapki, zdziwione otwarte buzie, brudne i zasmarkane. Portret dziewczynki, który narysowałam kredkami zyskał aprobatę: kartka wędrowała z rąk do rąk i wywołała dyskusje i uśmiechy rodziców.
Nasza obecność wywołała pewną sensację. Tubylcy okrążali nasz domek, a zaprzyjaźnieni z naszym przewodnikiem mężczyźni przyszli w odwiedziny. Ogólnie oglądano, co robimy, pokazywano sobie palcami nasze ubrania, suszącą się bieliznę, okulary, aparaty, a wyobraźcie sobie, jaką sensację wzbudziły pudełka na soczewki i objaśnienie, do czego służą! To my czuliśmy się jak dziwne okazy, a nie oni.
Notatki z pamiętnika: „Niektóre dzieci noszą swoje rodzeństwo przymocowane na plecach w płachtach materiału. Niesamowite, z jaką odpowiedzialnością noszą swoje rodzeństwo i zajmują się nim. Śliczna dziewczynka w tradycyjnej czapce wyglądająca na 5 lat ma za plecach zapakowanego chyba swojego braciszka. Ogląda nas, kręci się wokół naszego domku „na nóżkach” i jest bardzo poważna. Dzieci z reguły biegają tu boso, a dziewczynki, tak jak wszystkie kobiety noszą tradycyjne czapki.”
To, co od razu rzuca się w oczy u kobiet to ich usta, a raczej zafarbowane na czarno zęby i dziąsła, a u tych starszych tylko dziąsła, bo są bezzębne. Jest to skutek żucia używki zwanej betelem. Betel, a właściwie pieprz betelowy lub żuwny, to pnący krzew z rodzaju pieprz uprawiany w krajach tropikalnych i rozpowszechniony, jako używka. Jego liście w połączeniu z nasionami palmy areki, czasem z dodatkiem tytoniu, tworzą mieszankę znaną jako betel nut mającą działanie orzeźwiające i podniecające, a również lecznicze: zabija pasożyty i odkaża przewód pokarmowy. Obok działania leczniczego długotrwałe żucie używki powoduje wypadanie zębów, sztywnienie szczęki i prawdopodobnie wywołuje raka jamy ustnej. Zażywanie tej używki jest szeroko rozpowszechnione pośród plemion górskich Azji i w Indiach już od czasów antycznych, często jest ważnym elementem kultury, a „używającego” można poznać po zabarwionych na czarno zębach i dziąsłach, ślina natomiast przybiera kolor czerwony.
Skoro świt obudziły nas świnie, koguty i wszystkie inne odgłosy budzącego się dnia. Usiadłam przed domkiem z kartką papieru, żeby „na gorąco” opisać wrażenia i oto już miałam przy sobie gromadkę dzieciaków czekających na rysunki! Udało nam się też uzyskać zgodę na zrobienie zdjęć. Totalnym zaskoczeniem dla nich było zobaczenie swojego wizerunku na wyświetlaczu aparatu. Na śniadanie dostaliśmy rosół, który z trudnością przełknęliśmy (a co z naszym lekkim europejskim śniadankiem? jakiś jogurcik albo rogalik?), a następnie nasz przewodnik zabrał nas w odwiedziny do przywódcy plemienia. Jego już nie było, za to jego żona – chuda i brudna kobieta o poplamionym na czarno od żucia betelu uśmiechu i trudnym do określenia wieku - czy była tak zniszczona pracą czy po prostu starszego wieku – ugościła nas tradycyjnie ogórkiem wielkości dyni krojonym na kawałki i Akha whisky jak nazywali swój trunek. Czułam, że od rosołku popitego taką „whisky”, zagryzionego świeżym ogórkiem o 9.00 rano wnętrzności mi się podnoszą, ale odmówić nie wypadało. Kilka ostatnich fotek i wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Wędrówka przez dżunglę była przepiękna i bardzo trudna jednocześnie. Nie było tu ostrych podejść pod górę, czy stromych zboczy, których tyle już pokonałam, ale za to tropikalny klimat: upał i parne wilgotne powietrze powodowały, że chwilami było naprawdę ciężko i nasze Tshirty były mokre od potu. Popołudniu doszliśmy do rzeki, w której w końcu mogliśmy się wykąpać – cóż za cudowny relaks i powiew świeżości. Dalej doszliśmy do małej osady Akha, a tuż obok wioski plemienia KHAMU, naszego noclegu na tę noc. Ludzie Khamu okazali się o bardziej cywilizowani od Akha. Ich domy były większe i czystsze, a dzieciaki nie uciekały, a wręcz przeciwnie – cieszyły się na widok gości i właściwie nie odstępowały nas na krok oraz chętnie pozowały do zdjęć. Tylko jeden malutki chłopczyk płakał, chował się wołając falang, czyli cudzoziemiec, czym rozbawiał wszystkich dorosłych. Z tej wioski dostęp do „miasteczka” czy sąsiednich wsi był łatwiejszy, stąd też może ludzie byli bardziej otwarci i przyzwyczajeni do „zewnętrznego” świata. Tym razem mieliśmy zaszczyt zjeść kolację z szefem wioski i ugoszczono nas tym razem Khamu whisky, produkowaną z ryżu.
Oto rozpoczęliśmy ostatni dzień naszej wędrówki. Trochę byliśmy zmęczeni. Byliśmy zachwyceni przygodą, ale zaczęliśmy tęsknić za porządnym prysznicem, kawie na śniadanie, owocowych szejkach z lodem i świeżej odzieży. Powietrze wydawało się bardziej parne niż poprzednio. I tego dnia w końcu po wielu ostrzeżeniach przewodnika „dopadły nas” pijawki, które żerują tu po prostu w trawie. Pierwszy raz w życiu widziałam pijawki i zapewniam was, że nie jest to przyjemny widok: są czarne, grube, wijące się i wpijają się tak głęboko w skórę, że trudno je oderwać od ciała. Pierwszej nie zauważyłam – zobaczyłam tylko strużkę krwi płynącą po mojej stopie, ale ten zapach krwi przyciągnął kolejne. Krzyczałam z obrzydzenia. Dopadły nas wszystkich. Krótko po tym doszliśmy do rzeki, w której tradycyjnie już wykąpaliśmy się i dalej na zakończenie naszej przygody wspięliśmy się pod górę do jaskini, która wcale nie była oświetlona, jak wszystkie zwiedzane do tej pory, a „w programie” było m.in. przeczołgiwanie się przez klaustrofobicznie mały otwór. Po wyjściu z jaskini, parę metrów dalej czekał na nas umówiony samochód, który zabrał nas do Vieng Phukha. Po drodze zatrzymaliśmy się w dwóch wioskach: te same pokryte strzechą domki z ogniskami pośrodku domu i poczęstunek wielkim ogórkiem i „whisky”. Zdecydowaliśmy się jeszcze tego samego dnia dotrzeć do, odległego o zaledwie godzinę drogi od Vieng Phukha, Luang Nam Tha, miasteczka, czy raczej większej wioski, będącej (w miarę) popularną bazą wypadową dla wędrówek w dżunglę i zwiedzanie etnicznych wiosek. Tutaj z rozkoszą zakwaterowałam się w murowanym hotelu o lśniących czystością białych kamiennych podłogach w pokoju z prawdziwym prysznicem za… 6 dolarów.
Generalnie Laos wiąże z turystyką nadzieje na rozwój i wzbogacenie się mieszkańców, dlatego ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni. Na razie nie widać tu jeszcze takiego zalewu turystów i negatywnych skutków czy „odmian” turystyki, jak na przykład turystyki seksualnej, jak w sąsiedniej Tajlandii. Dużo rozmawiałam z naszym przewodnikiem i panem z biura turystycznego w Vieng Phuka, którzy mówili, że mieszkańcy Vieng Phukha widzą szansę na lepszy byt dzięki turystyce. Region otrzymuje dotacje z funduszy europejskich i założono tu specjalne programy mające na celu rozwój w tym kierunku. Możemy pomóc szerzyć edukację, uczyć zasad higieny i dostarczyć opiekę medyczną. Duży nacisk kładziony jest w całym Laosie na turystykę świadomą i ekologiczną. Turyści są instruowani i edukowani, żeby nie rozdawać dzieciom prezentów, cukierków i pieniędzy, zamiast tego lepiej podarować artykuły szkolne lub wpłacić datek dla szkoły, czy fundacji. Są to działania na pewno mądre i słuszne – widać Laos nie chce powielać błędów sąsiednich krajów, bo już wiadomo, że właśnie to nasze miłosierne obsypywanie dzieci cukierkami i pieniędzmi uczy żebrania. Przemierzyłam świat dookoła i zrozumiałam, że w dużym stopniu właśnie turystyka jest winna powszechnemu żebraniu przez dzieci oraz obrzydliwym procederom wykorzystywania seksualnego tak dorosłych, jak i dzieci. Tak też z jednej strony rozumiem mieszkańców Vieng Phukha, że chcieliby mieć elektryczność i bieżącą wodę i żyć lepiej, ale z drugiej strony żal mi będzie, jeśli miejsca takie jak Vieng Phuka zapełnią się restauracjami i kafejkami internetowymi i boje się, że plemiona zasady moralne i tradycje swoich przodków zamienią na komercję i wprowadzą obowiązkowe opłaty za robienie zdjęć, jak stało się w niektórych krajach utrzymujących się z turystyki.
Tymczasem do tej pory sama się śmieję za każdym razem, kiedy przypomnę sobie Dawida siedzącego pod drzewem w wiosce Akha na szczycie góry opowiadającego totalne bzdury po francusku.
___________________________________________________________________________________________
Monika Szyszłowska
Monika jest tłumaczem języka angielskiego i włoskiego, a jej największą pasją są podróże.
http://apolishgirlonrtwtrip.blogspot.com/













