Fantazyjne turbany
Jak pachnie powietrze na Kubie?
Człowiek stwarza siebie każdego dnia (Sartre) - nie tutaj. Tu jest się już gotowym, ba, w każdej chwili jest się w pełnej gotowości! Do czego? Do działania, do conseguir'owania (zdobywania): pieniędzy (np. po pracy trudniąc się jako sprzątacze, szwaczki etc.; samo zatrudnienie czy lokalne inwestycje w zasadzie nie istnieją, przy średniej miesięcznej pensji 12 EUR… przeciętny Kubańczyk zarabia mniej niż 1USD dziennie, a lekarz wysokiej specjalizacji mniej niż kelner, utrzymujący się z napiwków...), taniego rumu, cygar i rzecz jasna - turystów! Potrzeba jest matka wynalazku, a turysta jest po to, by pomagać Kubańczykom, ot filozofia na Kubie.
Niemrawy taksówkarz, a może to ja juz się przyzwyczaiłam do latynoskiej otwartości, zawozi nas w rejon Habana vieja, gdzie zatrzymujemy się w maluteńkim (lodówka w salonie) wielopokoleniowym „casa particulares”, prywatnym mieszkaniu. Mamy swój pokój i sąsiadów, z którymi do późnych godzin nocnych prowadzimy długie rozmowy o „życiu” przy głośnych dźwiękach Buena Vista Social Club! Poznajemy tutejsze życie „od kuchni”. Nie ma budzików, wychodzi jedna lokalna partyjna gazeta (dziennik Granma), który stracił już dawno swą wiarygodność wśród Kubańczyków i często jest dziś używany zamiast trudno dostępnego i drogiego papieru toaletowego, o 9 p.m. nadają brazylijska telenowelę, którą wszyscy oglądają i bardzo przeżywają, dużo się rozmawia przez telefon, oczywiście domowy, bo mało kto ma komórkę (trzeba mięć odpowiednia pozwolenie), chodzi się spać bardzo wcześnie (ok.10 p.m.), dużo czasu schodzi też na staniu w kolejkach, jak coś akurat „rzucą” na ladę to się stoi...godzinami...W sklepach dosłownie pustki, często płaci się bonami...Na śniadanie dostajemy suchy chleb, jak dobrze pójdzie to z masłem, łyk cubity (lokalnej kawy), nie ma owoców i warzyw, jako wciąż bardzo odczuwalny, efekt uboczny tegorocznych huraganów. Rachunek jest prosty, albo coś jest, albo czegoś nie ma i kropka. Żyje się chwilą bieżącą.
Taa... rzecz z powodu, której na pewno nie przyjedziesz na Kube to jedzenie i zakupy! To jak szukanie wodospadu na Saharze! Za to są bezpieczne ulice, przeładowane stróżami prawa i porządku, wysokie gmachy, jako symbol „władzy” i „potęgi”, absurdalne przepisy (np. maksymalna liczba krzeseł w małej restauracji to 12 sztuk), krwisto czerwone napisy na murach: „Revolusion", "Patria o muerte (Partia albo śmierć) czy „Hasa la victoria, sempre” (zawsze aż do zwycięstwa), oczywiście w towarzystwie wizerunków companiero Fidel i Che! Nie może zabraknąć też wszechobecnych Komitetów Obrony Rewolucji, inwigilujących mieszkańców w ich domach i sprawdzających ich lojalność... Wyraźny podział na lokalnych i turystów, odznaczających się np. w zżerających wysokich podatkach (12% komisji przy jakichkolwiek transakcjach płatniczych czy 25 cuc podatku przy wylocie) i w możliwościach podróżowania, a raczej ich braku (zarówno dla turystów jak i lokalnych).
Dla turystów jest dostępny tylko jeden autobus „viazul”, który jest mega drogi i odchodzi o dwóch porach; rano i po południu. Przy dobrej organizacji, zrobieniu wcześniejszej rezerwacji (inaczej bus jest wypełniony po brzegi i kolejny dzień nie możesz się ruszyć z miejsca) i co ważne, wcześniejszym sprawdzeniu AKTUALNEGO rozkładu jazdy, jako że teoria i praktyka zupełnie nie idą tu w parze. A i jest też pociąg, który jest albo mocno spóźniony albo odwołany. Nie polecam! Lokalnego smaczku nadają ekstrawagandzkie czarne rajstopy z wielkimi dziurami (a la kabaretki) tutejszych kobiet w fantazyjnych turbanach, mężczyzn zachwyca obfity biust Kubanek.. Tutejszy akcent...wyższa szkoła jazdy, nawet dla tych hiszpańskojęzycznych...weźmy np. słowo „vamenos” (chodźmy) słyszysz coś w rodzaju bulgotu "bameo" wypowiedziane z prędkością światła, podniesionym głosem!
Kuba to także szkoła, gdzie obowiązkowym przedmiotem jest CIERPLIWOŚĆ! Tutaj wszystko jest opóźnione, czekasz... już na lotnisku na bagaż (ok.1h), na autobus (ok.1h30; na pociąg już po pierwszym dniu wiesz, że nie czekasz, bo po prostu nie przyjeżdża) w sklepach (3-4h), itd.! Ku mojemu rozczarowaniu i w całej swojej naiwności...nie zobaczysz na ulicy Kubańczyków tańczących salsę...jak to sobie wcześniej wyobrażałam (za dużo „Dirty Dancing 2”). Ulicznych tańców, co prawda nie ma, za to jest znany nam dobrze maluszek, fiat 126p! Kubańczycy lubują się w jamnikach, dużo gestykulują, dwa buziaki na przywitanie i nierzadko bujna wyobraźnia np. opowiadają nam jak to się w ich szkołach naucza francuskiego, włoskiego, angielskiego a nawet portugalskiego! Mięliśmy dużo szczęścia przybywając akurat w pierwszej połowie grudnia. Co prawda dopadł nas już pierwszego dnia panujący tutaj pohuraganowy wirus grypy, ale za to trafiliśmy na festiwal kina latynoamerykańskiego! Udało nam się zobaczyć parę dobrych filmów! Mnie najbardziej podobał się skłaniający do refleksji peruwiański "Dioses" a mojemu towarzyszowi dobrze technicznie wykończony brazylijski "Agne". Dużo też ‘jineteros’ - tutejszych natrętnych nagabywaczy... Niedobory energii, a często zwykła jej oszczędność! Szybko zapadający zmrok (już ok. 6 p.m.) zastaje nas w ciemnych uliczkach Habany, gdzie wysokie kamienice z odpryskującą farbą wydają się jakby jeszcze większe...Następnego dnia, chcący zakosztować innych atrakcji niż dym kubańskich cygar czy tani rum, szarpiemy się na drogą restaurację La Bodeguita, rozsławioną przez jej stałego bywalca - E.Hemingweya, który spędził na wyspie prawie 20 lat...
Niby się to wszystko wie, że Kubańczycy nie mogą opuszczać wyspy, no chyba że się jest lekarzem bądź artystą, wie się, że nie mogą korzystać z internetu (na tym polu Kuba konkuruje z Koreą Pn.), że nie mają wstępu do pewnych miejsc jak np. Varadero... jednak słysząc to i tak jest się zdziwionym, jak to możliwe, niepodzielna władzą reżimu przez ok.50 lat bez żadnych wyborów czy konkurencyjnych partii, pomyśleć tylko, że mamy XXI wiek...a zakazane jest wszystko to, co nie jest wystarczająco „ewolucjonistyczne”... Są też rzeczy, których się nie wie, które są wciąż tematem tabu jak np. wioski niewolnicze tzw. pueblos cautivos, ukryte w odizolowanych górskich rejonach Escambray... czy prześladowania homoseksualistów, osób wierzących czy też praca nieletnich...
Nasza gospodyni Rosa, od dziecka marząc o podróżowaniu, odbywa swoje małe podróże wraz z zatrzymującymi się w jej domu turystami zasłuchując się w snute przez nich opowieści...teraz jest w Polsce i Meksyku…
Udało nam się zobaczyć pełne dekadencji magiczne miasto Habana, powoli odkrywające swe niepowtarzalne uroki; Vinales (Pinar del Rio) z przepięknymi jodłowymi dolinami i plantacjami tytoniu, odbyć wycieczkę konną, ja na kasztanowym Rico i kolega na pozostającym duro i parado (w luźnym tłumaczeniu bardzo wolnym) Negro! Z werandy, ulokowani w wygodnych mecadorach (bujakach) nasłuchiwaliśmy zapadającego zmroku, milknącego małego miasteczka, z wypiekami na twarzy wyczekując na rozpoczynające się tańce salsy w pobliskim „casa de la musica”! Atrakcją w zamyśle jest występ tutejszego zespołu, gdzie tańczące dziewczyny, z błyskiem w oku, dają swój show, mając cichą nadzieję, że może właśnie tego wieczoru dopisze im szczęście i poznają obcokrajowca – ich przepustkę do innego świata. Mnóstwo legend i dowcipów krąży o żyjących w pobliskiej osadzie „Los Acuaticos” słynących z tego, że leczą wszystkie swoje dolegliwości wodą (Kubańska Akademia Nauk przyznała im wiele nagród). W tym też regionie narodził się taniec i muzyka danzon, bardzo popularna również w Meksyku!
Dostępne jedynie dla turystów, powiem więcej, dla bogatych turystów, Varadero - luksusowy kompleks plaż i pięciogwiazdkowych hoteli ze strefą euro! Da się wyczuć napiętą atmosferę wśród Kubańczyków, co wcale nie dziwni, kiedy odmawia się im wstępu na swój własny teren... Poznaję Marokańczyka, wypuszczonego prosto z owego pięciogwiazdkowego hotelu, chwilę rozmawiamy, zapytany przeze mnie skąd jest, odpowiada, że z Californii (gdzie aktualnie pracuje i że wiele podróżuje, zostaje też dobrze poinformowana, które hotele są naprawdę komfortowe, a które nie mają „nawet” jacuzzi i basenu!) cóż... jeszcze wiele podróży i długa droga przed nim, skoro wstydzi się swojej własnej narodowości...
W kolonialnym stylu Trynidad z urokliwymi ceglastymi dachówkami, gdzie niczym na planie filmowym, chodzi się drukowanymi uliczkami, swobodnie przenikając i mieszając z lokalną ludnością, z łatwością wplatając się w ich życie, mając wrażenie, że czas się zatrzymał… Nieopodal plantacje trzciny cukrowej pamiętające czasy niewolnictwa tłumnie napływających z Afryki.
Plaża Ancon, biały drobny piasek i transparentne, nasączone błękitem, spokojne morze karaibskie, ach!
„Wyspa gorąca’ jednak to nie tylko piękne plaże i luksusowe kurorty turystyczne..
Zdecydowanie niepożądane przez władze są wszelkie działania na rzecz praw człowieka i demokracji na Kubie, czyli "niewłaściwej postawy politycznej": damas de blanco (damy w bieli - żony niesłusznie skazanych więźniów za promowanie demokracji w kraju, w każdą niedzielę po mszy, ubrane w białe suknie, z kwiatem w ręku, maszerują ulicami miasta pokojowo domagając się ich uwolnienia i respektowania praw człowieka) ponadto, niezależne biblioteki, udostępniające książki zakazane przez cenzurę, jako "nieodpowiednie” czy też "ideologicznie skażone" (skromne zbiory...); jest też ruch aktywizacji wiejskiej młodzieży, niezależni fotografowie opozycyjni czy dziennikarstwo, kolegia pedagogów; są też projekty np. Varela - obywatelska inicjatywa na rzecz referendum w sprawie przeprowadzenia reform przeciw reżimowi na Kubie, czy też nieco z innej bajki projekt "Pancerz" walka z narkotykami; „Cuba Libre” - wolność i swoboda na Kubie poprzez pokojowe transformacje demokratyczne... a także drink w składzie: coca-cola, rum i kostki lodu.
Kuba, z jednej strony luksusowe obiekty turystyczne z czystymi i zadbanymi ulicami, gdzie Kubańczycy nie mają wstępu (np. Varadero), z drugiej obszary zamieszkiwane przez Kubańczyków, zniszczone, brudne ulice, codzienny brak wody i prądu (chociażby niektóre dzielnice Habany)…Dwie strony tej samej rzeczywistości... Krzysztof Kolumb, odkrywszy to miejsce, zanotował w swym pokładowym dzienniku "Tak pięknego miejsca oko ludzkie jeszcze nie ujrzało". Bajkowe krajobrazy pozostały, jednak czasy się zmieniły... Choćby nie wiem jak piękne miejsce by to nie było, jak nie możesz swobodnie i z godnością w nim żyć i poruszać się (wjazdy/wyjazdy etc.) jest to ni mniej ni więcej więzieniem.. Powietrze jest tutaj bieżące i wilgotne i pełne kurzu od przejeżdżających starych amerykańskich fordów po czerwonych uklepanych piaskowych drogach... Tacy są, widziani moimi oczyma…
Niewylewni, bieżący, pozostawieni ze swoją religią życia bez nadziei w oczach Kubańczycy...i ja…choć wciąż turystka, to jednak już bez zbędnej naiwności wypatrująca roztańczonych na ulicach Kubańczyków (owszem, pełni gracji i wyczucia rytmu tańczą, zmuszani podczas świąt narodowych). „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy… jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych, jak oddzielić nagle serce od rozumu, jak usłyszeć siebie, pośród śpiewu tłumu, jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy, jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych, jak odnaleźć nagle radość i nadzieję, odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele”...
Jednakże Cuba zmienia się z minuty na minutę, odchodzi historia, która ją ukształtowała, jej unikalny czar i atmosfera, a zatem, w tym wypadku, nie masz mnóstwa czasu, śpiesz się by ją zobaczyć zanim będzie za późno!
Niemrawy taksówkarz, a może to ja juz się przyzwyczaiłam do latynoskiej otwartości, zawozi nas w rejon Habana vieja, gdzie zatrzymujemy się w maluteńkim (lodówka w salonie) wielopokoleniowym „casa particulares”, prywatnym mieszkaniu. Mamy swój pokój i sąsiadów, z którymi do późnych godzin nocnych prowadzimy długie rozmowy o „życiu” przy głośnych dźwiękach Buena Vista Social Club! Poznajemy tutejsze życie „od kuchni”. Nie ma budzików, wychodzi jedna lokalna partyjna gazeta (dziennik Granma), który stracił już dawno swą wiarygodność wśród Kubańczyków i często jest dziś używany zamiast trudno dostępnego i drogiego papieru toaletowego, o 9 p.m. nadają brazylijska telenowelę, którą wszyscy oglądają i bardzo przeżywają, dużo się rozmawia przez telefon, oczywiście domowy, bo mało kto ma komórkę (trzeba mięć odpowiednia pozwolenie), chodzi się spać bardzo wcześnie (ok.10 p.m.), dużo czasu schodzi też na staniu w kolejkach, jak coś akurat „rzucą” na ladę to się stoi...godzinami...W sklepach dosłownie pustki, często płaci się bonami...Na śniadanie dostajemy suchy chleb, jak dobrze pójdzie to z masłem, łyk cubity (lokalnej kawy), nie ma owoców i warzyw, jako wciąż bardzo odczuwalny, efekt uboczny tegorocznych huraganów. Rachunek jest prosty, albo coś jest, albo czegoś nie ma i kropka. Żyje się chwilą bieżącą.
Taa... rzecz z powodu, której na pewno nie przyjedziesz na Kube to jedzenie i zakupy! To jak szukanie wodospadu na Saharze! Za to są bezpieczne ulice, przeładowane stróżami prawa i porządku, wysokie gmachy, jako symbol „władzy” i „potęgi”, absurdalne przepisy (np. maksymalna liczba krzeseł w małej restauracji to 12 sztuk), krwisto czerwone napisy na murach: „Revolusion", "Patria o muerte (Partia albo śmierć) czy „Hasa la victoria, sempre” (zawsze aż do zwycięstwa), oczywiście w towarzystwie wizerunków companiero Fidel i Che! Nie może zabraknąć też wszechobecnych Komitetów Obrony Rewolucji, inwigilujących mieszkańców w ich domach i sprawdzających ich lojalność... Wyraźny podział na lokalnych i turystów, odznaczających się np. w zżerających wysokich podatkach (12% komisji przy jakichkolwiek transakcjach płatniczych czy 25 cuc podatku przy wylocie) i w możliwościach podróżowania, a raczej ich braku (zarówno dla turystów jak i lokalnych).
Dla turystów jest dostępny tylko jeden autobus „viazul”, który jest mega drogi i odchodzi o dwóch porach; rano i po południu. Przy dobrej organizacji, zrobieniu wcześniejszej rezerwacji (inaczej bus jest wypełniony po brzegi i kolejny dzień nie możesz się ruszyć z miejsca) i co ważne, wcześniejszym sprawdzeniu AKTUALNEGO rozkładu jazdy, jako że teoria i praktyka zupełnie nie idą tu w parze. A i jest też pociąg, który jest albo mocno spóźniony albo odwołany. Nie polecam! Lokalnego smaczku nadają ekstrawagandzkie czarne rajstopy z wielkimi dziurami (a la kabaretki) tutejszych kobiet w fantazyjnych turbanach, mężczyzn zachwyca obfity biust Kubanek.. Tutejszy akcent...wyższa szkoła jazdy, nawet dla tych hiszpańskojęzycznych...weźmy np. słowo „vamenos” (chodźmy) słyszysz coś w rodzaju bulgotu "bameo" wypowiedziane z prędkością światła, podniesionym głosem!
Kuba to także szkoła, gdzie obowiązkowym przedmiotem jest CIERPLIWOŚĆ! Tutaj wszystko jest opóźnione, czekasz... już na lotnisku na bagaż (ok.1h), na autobus (ok.1h30; na pociąg już po pierwszym dniu wiesz, że nie czekasz, bo po prostu nie przyjeżdża) w sklepach (3-4h), itd.! Ku mojemu rozczarowaniu i w całej swojej naiwności...nie zobaczysz na ulicy Kubańczyków tańczących salsę...jak to sobie wcześniej wyobrażałam (za dużo „Dirty Dancing 2”). Ulicznych tańców, co prawda nie ma, za to jest znany nam dobrze maluszek, fiat 126p! Kubańczycy lubują się w jamnikach, dużo gestykulują, dwa buziaki na przywitanie i nierzadko bujna wyobraźnia np. opowiadają nam jak to się w ich szkołach naucza francuskiego, włoskiego, angielskiego a nawet portugalskiego! Mięliśmy dużo szczęścia przybywając akurat w pierwszej połowie grudnia. Co prawda dopadł nas już pierwszego dnia panujący tutaj pohuraganowy wirus grypy, ale za to trafiliśmy na festiwal kina latynoamerykańskiego! Udało nam się zobaczyć parę dobrych filmów! Mnie najbardziej podobał się skłaniający do refleksji peruwiański "Dioses" a mojemu towarzyszowi dobrze technicznie wykończony brazylijski "Agne". Dużo też ‘jineteros’ - tutejszych natrętnych nagabywaczy... Niedobory energii, a często zwykła jej oszczędność! Szybko zapadający zmrok (już ok. 6 p.m.) zastaje nas w ciemnych uliczkach Habany, gdzie wysokie kamienice z odpryskującą farbą wydają się jakby jeszcze większe...Następnego dnia, chcący zakosztować innych atrakcji niż dym kubańskich cygar czy tani rum, szarpiemy się na drogą restaurację La Bodeguita, rozsławioną przez jej stałego bywalca - E.Hemingweya, który spędził na wyspie prawie 20 lat...
Niby się to wszystko wie, że Kubańczycy nie mogą opuszczać wyspy, no chyba że się jest lekarzem bądź artystą, wie się, że nie mogą korzystać z internetu (na tym polu Kuba konkuruje z Koreą Pn.), że nie mają wstępu do pewnych miejsc jak np. Varadero... jednak słysząc to i tak jest się zdziwionym, jak to możliwe, niepodzielna władzą reżimu przez ok.50 lat bez żadnych wyborów czy konkurencyjnych partii, pomyśleć tylko, że mamy XXI wiek...a zakazane jest wszystko to, co nie jest wystarczająco „ewolucjonistyczne”... Są też rzeczy, których się nie wie, które są wciąż tematem tabu jak np. wioski niewolnicze tzw. pueblos cautivos, ukryte w odizolowanych górskich rejonach Escambray... czy prześladowania homoseksualistów, osób wierzących czy też praca nieletnich...
Nasza gospodyni Rosa, od dziecka marząc o podróżowaniu, odbywa swoje małe podróże wraz z zatrzymującymi się w jej domu turystami zasłuchując się w snute przez nich opowieści...teraz jest w Polsce i Meksyku…
Udało nam się zobaczyć pełne dekadencji magiczne miasto Habana, powoli odkrywające swe niepowtarzalne uroki; Vinales (Pinar del Rio) z przepięknymi jodłowymi dolinami i plantacjami tytoniu, odbyć wycieczkę konną, ja na kasztanowym Rico i kolega na pozostającym duro i parado (w luźnym tłumaczeniu bardzo wolnym) Negro! Z werandy, ulokowani w wygodnych mecadorach (bujakach) nasłuchiwaliśmy zapadającego zmroku, milknącego małego miasteczka, z wypiekami na twarzy wyczekując na rozpoczynające się tańce salsy w pobliskim „casa de la musica”! Atrakcją w zamyśle jest występ tutejszego zespołu, gdzie tańczące dziewczyny, z błyskiem w oku, dają swój show, mając cichą nadzieję, że może właśnie tego wieczoru dopisze im szczęście i poznają obcokrajowca – ich przepustkę do innego świata. Mnóstwo legend i dowcipów krąży o żyjących w pobliskiej osadzie „Los Acuaticos” słynących z tego, że leczą wszystkie swoje dolegliwości wodą (Kubańska Akademia Nauk przyznała im wiele nagród). W tym też regionie narodził się taniec i muzyka danzon, bardzo popularna również w Meksyku!
Dostępne jedynie dla turystów, powiem więcej, dla bogatych turystów, Varadero - luksusowy kompleks plaż i pięciogwiazdkowych hoteli ze strefą euro! Da się wyczuć napiętą atmosferę wśród Kubańczyków, co wcale nie dziwni, kiedy odmawia się im wstępu na swój własny teren... Poznaję Marokańczyka, wypuszczonego prosto z owego pięciogwiazdkowego hotelu, chwilę rozmawiamy, zapytany przeze mnie skąd jest, odpowiada, że z Californii (gdzie aktualnie pracuje i że wiele podróżuje, zostaje też dobrze poinformowana, które hotele są naprawdę komfortowe, a które nie mają „nawet” jacuzzi i basenu!) cóż... jeszcze wiele podróży i długa droga przed nim, skoro wstydzi się swojej własnej narodowości...
W kolonialnym stylu Trynidad z urokliwymi ceglastymi dachówkami, gdzie niczym na planie filmowym, chodzi się drukowanymi uliczkami, swobodnie przenikając i mieszając z lokalną ludnością, z łatwością wplatając się w ich życie, mając wrażenie, że czas się zatrzymał… Nieopodal plantacje trzciny cukrowej pamiętające czasy niewolnictwa tłumnie napływających z Afryki.
Plaża Ancon, biały drobny piasek i transparentne, nasączone błękitem, spokojne morze karaibskie, ach!
„Wyspa gorąca’ jednak to nie tylko piękne plaże i luksusowe kurorty turystyczne..
Zdecydowanie niepożądane przez władze są wszelkie działania na rzecz praw człowieka i demokracji na Kubie, czyli "niewłaściwej postawy politycznej": damas de blanco (damy w bieli - żony niesłusznie skazanych więźniów za promowanie demokracji w kraju, w każdą niedzielę po mszy, ubrane w białe suknie, z kwiatem w ręku, maszerują ulicami miasta pokojowo domagając się ich uwolnienia i respektowania praw człowieka) ponadto, niezależne biblioteki, udostępniające książki zakazane przez cenzurę, jako "nieodpowiednie” czy też "ideologicznie skażone" (skromne zbiory...); jest też ruch aktywizacji wiejskiej młodzieży, niezależni fotografowie opozycyjni czy dziennikarstwo, kolegia pedagogów; są też projekty np. Varela - obywatelska inicjatywa na rzecz referendum w sprawie przeprowadzenia reform przeciw reżimowi na Kubie, czy też nieco z innej bajki projekt "Pancerz" walka z narkotykami; „Cuba Libre” - wolność i swoboda na Kubie poprzez pokojowe transformacje demokratyczne... a także drink w składzie: coca-cola, rum i kostki lodu.
Kuba, z jednej strony luksusowe obiekty turystyczne z czystymi i zadbanymi ulicami, gdzie Kubańczycy nie mają wstępu (np. Varadero), z drugiej obszary zamieszkiwane przez Kubańczyków, zniszczone, brudne ulice, codzienny brak wody i prądu (chociażby niektóre dzielnice Habany)…Dwie strony tej samej rzeczywistości... Krzysztof Kolumb, odkrywszy to miejsce, zanotował w swym pokładowym dzienniku "Tak pięknego miejsca oko ludzkie jeszcze nie ujrzało". Bajkowe krajobrazy pozostały, jednak czasy się zmieniły... Choćby nie wiem jak piękne miejsce by to nie było, jak nie możesz swobodnie i z godnością w nim żyć i poruszać się (wjazdy/wyjazdy etc.) jest to ni mniej ni więcej więzieniem.. Powietrze jest tutaj bieżące i wilgotne i pełne kurzu od przejeżdżających starych amerykańskich fordów po czerwonych uklepanych piaskowych drogach... Tacy są, widziani moimi oczyma…
Niewylewni, bieżący, pozostawieni ze swoją religią życia bez nadziei w oczach Kubańczycy...i ja…choć wciąż turystka, to jednak już bez zbędnej naiwności wypatrująca roztańczonych na ulicach Kubańczyków (owszem, pełni gracji i wyczucia rytmu tańczą, zmuszani podczas świąt narodowych). „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy… jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych, jak oddzielić nagle serce od rozumu, jak usłyszeć siebie, pośród śpiewu tłumu, jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy, jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych, jak odnaleźć nagle radość i nadzieję, odpowiedzi szukaj, czasu jest tak wiele”...
Jednakże Cuba zmienia się z minuty na minutę, odchodzi historia, która ją ukształtowała, jej unikalny czar i atmosfera, a zatem, w tym wypadku, nie masz mnóstwa czasu, śpiesz się by ją zobaczyć zanim będzie za późno!

artykuł dodano: 5 lutego 2009
ostatnia aktualizacja: 5 lutego 2009
wyświetleń: 1479














