Imperium na peryferiach
Kolej na północ
Koleją po Rosji Polak jeździ zazwyczaj równoleżnikowo. Wschód - zachód, zachód - wschód, a precyzyjniej Moskwa – Władywostok – Moskwa wraz z całym inwentarzem stacji pośrednich. W efekcie dni w takiej podróży mijają podobnie, ciągnąc się klasycznym dobowym interwałem z dwoma zaledwie urozmaiceniami – krajobrazowo-gastronomicznym w postaci jeziora Bajkał i pojawiającymi się w związku z tym w pociągu rybami oraz technicznym w postaci codziennego przestawienia zegarka o godzinę.
Na północ jedzie się krócej, ale intensywniej. Nawet mniej wprawne oko dostrzeże, jak z godziny na godzinę tajga staje się coraz rzadsza i coraz niższa, by w pewnym momencie ustąpić miejsca tundrze, a nawet totalny ignorant poczuje, że słońce nie zachodzi tak szybko jak powinno (jeśli jedzie pomiędzy 21 marca a 21 września – przyp. autora). Osoba nie stroniąca od kontaktów z miejscowymi dostrzeże natomiast jak bardzo różnorodny jest skład wagonu w sensie społeczno-geograficznym. Sprzedawczyni z Omska plotkuje o serialach
z księgową z Tuły, biznesmen z Moskwy opróżnia butelkę z marynarzem floty bałtyckiej,
a nauczyciel z wiejskiej szkoły gdzieś spod Nowogrodu całą drogę gra w karty
z „ochroniarzem mienia” z Astrachania. Łączy ich fakt, że uciekli z północy jak tylko nadarzyła się sposobność. Dziś odwiedzają swoje rodziny, które tam postanowiły zostać.
Gorod Gieroj
Piąta rano, mimo że słońce już od czterech godzin na nieboskłonie. Ze snu budzi tumult 50 współpasażerów wagonu i pisk hamulca. Stacja końcowa – Murmańsk, 690 szerokości geograficznej północnej, znacznie bliżej bieguna niż choćby Reykiavik. Zegar dworcowy pokazuje 190C, w południe dochodzi do 250C, trochę cieplej niż w Wiedniu, jak podaje rosyjska telewizja, chociaż bliżej stąd do bieguna niż austriackiej stolicy. Rzut oka na miasto podpowiada, że zazwyczaj tak ciepło to tu jednak nie jest.
Lokowanie dużych miast na tak dużych szerokościach geograficznych to specyfika wyłącznie radziecka. Obok Murmańska tylko w dwóch innych miastach za kołem polarnym liczba ludności przekracza 100 tys. – w Norylsku i Workucie. O ile jednak oba mają przemysłową genezę powstania, Murmańsk w założeniu miał być bramą Rosji radzieckiej na morza świata.
Po pierwszej Wojnie Światowej wyścig zbrojeń rozkwitł na nowo. Coraz większego znaczenia nabierała marynarka wojenna. Dla Rosji radzieckiej, celem pierwszorzędnym była budowa portu, z którego można było w nieskrępowany sposób prowadzić działania w Europie. We Władywostoku powstawała wprawdzie flota pacyficzna, ale dla Europy nie miała żadnego znaczenia, w Sewastopolu i Odessie flota czarnomorska była ograniczona przez cieśniny tureckie, cieśniny duńskie z kolei ograniczały możliwości petersburskiej floty bałtyckiej. Jedyną możliwość całorocznego dostępu do Atlantyku dawał port w Murmańsku, który dzięki ciepłemu Prądowi Zatokowemu przez cały rok nie zamarza. Tak właśnie powstało miasto liczące dziś ok. 400 tys. mieszkańców. Miasto niewspółmiernie nudne w stosunku do swojej wielkości i znaczenia. Budynek dworca, hotel Arktyka, kilka seledynowych gmachów przy głównej ulicy i górujące nad miastem olbrzymi posąg radzieckiego żołnierza i diabelski młyn to bodajże jedyne obiekty wyróżniające się
z blokowo-garażowej tkanki miasta. Potencjalnie atrakcyjne atomowe łodzie podwodne są oczywiście skwapliwie chowane przed oczami intruzów, łącznie z całym wybrzeżem Morza Barentsa na północ od miasta.
Mieszkańcy tego smutnego miasta znajdują jednak kilka powodów do dumy. Obok największego na świecie portu wojennego, znajduje się tu m. in. najdalej na północ wysunięta linia trolejbusowa. Poza tym bilans migracyjny jest korzystniejszy niż w innych miastach północnej Rosji, znaczy że dobrze jest tu żyć. Przynajmniej według tych co pozostali.
Pod górującym nad miastem, nieco już sfatygowanym pomnikiem gieroja szwęda się pomarszczony staruszek, emerytowany ekonomista, weteran II wojny światowej, znawca historii i literatury jak sam o sobie mówi. Prawdziwy człowiek renesansu, aczkolwiek z silnie marksistowskim skrzywieniem. Nie widział ostatnio zbyt wielu Polaków ale nikogo innego nie spodziewał się tu spotkać. Nie chce się dać przekonać, że wielki żołnierz z wielkim kałasznikowem, nie jest celem pielgrzymki a tylko ciekawostką przyciągającą bardziej swym ogromem niż nadawanym jej wartościom. Po dłuższej rozmowie o Polsce i Rosji, mniej o teraźniejszości, więcej o historii, stwierdza że Rosja umiera, a jej zgon zaczyna się od ogona (czyt. peryferii). Podupadły pomnik gieroja i 40 euro miesięcznej emerytury są dla niego wystarczającymi powodami żeby tak myśleć.
Na północy bez zmian
Mała wieś Raboczeostrowsk nad Morzem Białym miała być kolejną bramą do poznania oblicza północnej Rosji, najdalszej ostoi prawosławia i legendarnego miejsca zsyłki – Wysp Sołowieckich. Miała być, bo na drodze stanął wciąż młody i wciąż żarłoczny rosyjski kapitalizm. Łysy i obfity „przedsiębiorca” okazał się właścicielem jedynej przystani
w wiosce. Taki lokalny, acz rozrośnięty monopolista na drodze do największej atrakcji turystycznej tej części Europy. Cena 2-godzinnego rejsu w jedną stronę w małej rybackiej łodzi oscylowała w granicach dwutygodniowych wczasów pobytowych w tejże wiosce, co przerastało nasze poczucie przyzwoitości. Długotrwałe nalegania o obniżenie ceny, skończyły się krótkim, aczkolwiek rzeczowym „paszli won, wy chytryje żopy”.
Rzeka, brak drogi i ciekawie kojarząca się nazwa zupełnie wystarczyły aby przybyć do miejscowości Szujerieckoje. Przybyć koleją. Zatrzymuje się tutaj 1 pociąg, tyle że w dwie strony, z Kiemu do Biełomorska i odwrotnie. 400 mieszkańców w drewnianych, różnorodnie powykrzywianych domach, 3 betonowe budynki w których urzędują zawiadowca stacji, bileterka i sprzedawczyni jednego z dwóch spożywczaków oraz długi drewniany most na rzece Szuji to kompletny obraz fizjonomii wsi. W obrazie brakuje miejsca na cerkiew. Była, ale kilka lat temu spłonęła. Mieszkańcy stwierdzili że nie potrzebują następnej. Wieś kończy się dokładnie z ostatnim domem i ścianą komarów oddzielającą ją od otaczających bagien. Trudno o bardziej namacalną granicę. Po przeciwnej stronie wsi, w swoistej strefie buforowej dzielonej z dokuczliwą awifauną znajduje się typowy dla Rosji religijno-świecki cmentarz. Część nagrobków z krzyżami, część z czerwonymi gwiazdami, jeden z kierownicą motocykla podpowiadającą przyczynę zgonu zmarłego. Niemal wszystkie nagrobki ogrodzone,
z ławeczkami, stolikami. Na niektórych świeżo postawione kieliszki i talerzyki żeby od czasu do czasu porozmawiać ze zmarłym, a może i coś wypić. Przy jednej z ławek stoi Galia.
W zasadzie ledwie stoi. Przyszła złożyć kwiaty na grób brata. Zginął przed pół roku w bójce pijackiej. Galia jest bezrobotna jak większość mieszkańców wsi, ale nie przeszkadza jej to
w zachowaniu pogody ducha. Cały czas się uśmiecha. Pobiera 700 rubli zasiłku, za co pozwolić sobie można na bilet powrotny do Murmańska lub 10 litrów wódki. We wsi jednak pieniądze nie są jej potrzebne. Mały ogródek, ryby w rzece, drzewo w lesie i to wystarcza.
Przed sklepem chwieje się Pietia z dwoma młodzieńcami. Butelka przechodzi z rąk do rąk. Nietaktem w tej części świata byłoby odmówić. Mówią na Pietię Kaszpirowski, bo podobno uzdrawia ludzi. Ten dar go trochę rozleniwia, dlatego w czasie cieplejszej pory roku rezyduje w pobliżu sklepu. Jest wytatuowany od szyi do pasa i pocięty na rękach. Tnie się sam, jak mu jest źle w życiu. Wylicza po kolei wskazując na rany: śmierć matki, ucieczka żony, skazanie jedynego syna. Kradł miedziane przewody na kolei. Dostał 4 lata. Niewiele miejsca pozostało na kolejne tragedie.
Zbliża się godzina 18. Koło budki zawiadowcy stacji (sic!) robi się gwarno. Po torach skaczą dzieci, chłopcy na wysłużonych motocyklach IŻ wzbijają przed rozszczebiotanymi dziewczętami tumany kurzu, starsi wykorzystują okazję żeby powymieniać najnowsze wiadomości. Kulminacja atmosfery festynu następuje o 17.57 - podjeżdża pociąg relacji Kiem - Biełomorsk. Z dużymi problemami wyskakuje z niego kilka gorąco witanych osób. Kolejne kilka, z jeszcze większymi problemami wdrapuje się na wysokie schody. Gwizd, świst
i święto się kończy. Wszyscy się rozchodzą.
Piękna nazwa Biełomorsk przywodzi skojarzenia z wakacyjnym kurortem. Nic bardziej mylnego! Miasto to nie ma nie tylko piaszczystej plaży czy promenady, ale nawet krzty charakteru. Jakiegokolwiek charakteru. Gdyby nie betonowa zabudowa, ślady asfaltu na drogach i położony nieopodal port, trudno byłoby ten twór określić mianem miasta. Tymczasem 40 tysięcy mieszkańców zajmujących kilkupiętrowe, spękane starością
i niechlujstwem budynki, żyje w głębokim cieniu historii miasta, która nadała mu sens istnienia wraz z przekleństwem spuścizny okresu „radosnej twórczości”.
Józef Stalin miał wiele planów, mniej lub bardziej utopijnych. Pomysłem „na Karelię” było wykopanie kanału łączącego jezioro Onega z Morzem Białym. Miał to być obiekt ultra-strategiczny, którym przerzucano by okręty wojenne z Bałtyku przez jeziora Ładogę i Onegę do Morza Białego i dalej na Morze Arktyczne. Zamierzenie realizowano
z charakterystycznym wówczas w ZSRR rozmachem, w efekcie którego życie straciło 40 tysięcy robotników, głównie więźniów politycznych. Budowa zakończyła się w stylu tak typowym dla radzieckiej myśli planistycznej. Kanał okazał się za płytki... albo statki za duże. Na pamiątkę tego „dzieła” powstały tanie, do dziś palone papierosy Bielomorkanal. Z kanału korzystają kajakarze.














