treść artykulu

Egipt cz. II

Pierwsze trzy godziny podróży już za mną. W sumie nic szczególnego. Pociąg jak pociąg, tory jak tory. Tylko okna tak brudne że widać przez nie nic. Przedział też wydaje się lekko klaustrofobiczny. Nie ma żadnego rozsądnego miejsca na bagaż, więc wszystko leży zwalone na środku przedziału i występuje w charakterze podnóżków. Jednakże nie ma tego złego... tego typu przeżycia służą integracji międzyludzkiej. Około północy siedzę już w przedziale pełnym radosnych Europejczyków, a do plastikowych kubków leje się polska wyborowa, tylko patrzeć jak za chwilę rozbrzmi pieśń w stylu Hej Sokoły... Ta wizja staje się dla mnie tak namacalna że niemal w popłochu wracam do swojego przedziału i układam się do drzemki.

Budzi mnie głód nikotyny. Przez zapyziałe szyby lekko zagląda słońce. Starając się nie zbudzić reszty śpiących w przedziale ludzi wychodzę na korytarz. Gdy dym kojąco wypełnia płuca, ja staram się jakkolwiek zorientować w swoim położeniu. To co widzę przez okno nie jest najlepszą wizytówką... droga, palma, śmieci, droga, palma jeszcze więcej śmieci... Solennie zaczynam sobie obiecywać że po powrocie do domu zacznę się bawić w recykling...

W końcu gdzieś pomiędzy dziesiątym a jedenastym papierosem całkiem znienacka pojawia się tabliczka informująca, że EUREKA! Jesteśmy w Kairze!!! Na dworcu pełno jest zaspanych półprzytomnych ludzi. Jakoś nie widać tu wszechobecnego na ogół egipskiego entuzjazmu. Szybkie mycie zębów na stacji i w drogę!

Na pierwszy strzał idą najstarsze kairskie świątynie. Zaczynam od koptyjskiej. To ponoć w niej według legendy ukrywała się Święta rodzina. Cicho tu i skromnie. Kilka osób tłoczy się wokół wizerunków świętych i zapala świece w im tylko wiadomych intencjach. Wnętrze wypełnia zapach kadzideł. Dużo tu drewna, wszystko piękne, misternie rzeźbione. Rozmawiam chwilę z Panem sprzedającym broszurki informacyjne. Łamaną angielszczyzną tłumaczy mi, że tu, to kościół daje pieniądze ludziom, a nie ludzie kościołowi... Potem schodzę w dół, do krypty Świętej rodziny. Zimne i ponure miejsce. Pięknie tu..
Krypta jest ogromna i pod względem architektonicznym robi wrażenie. Tuż obok jest najstarsza synagoga egipska, dziś nie są tu odprawiane żadne ceremonie, ani msze. Szkoda że takie miejsce leży odłogiem, bo jest dziko piękne. Przynajmniej turyści mają czym nacieszyć oko.

Cichcem wychodzę z synagogi i idę na spacer po moim wymarzonym Kairze. Tak naprawdę nie wiem do czego porównać to miasto. Jest ogromne, głośne i niewyobrażalnie brudne... Pod tym względem bije na głowę wszystkie inne metropolie jakie dane mi było zobaczyć.
Wszyscy się spieszą (czy to aby napewno nadal Egipt???). Gwar rozmów, klaksonów i krzyków sprzedawców potrafi w szybkim czasie doprowadzić do nerwicy. Na dodatek widoczność jest fatalna - to efekt unoszącego się nad miastem smogu. Ponoć jeden dzień oddychania kairskim powietrzem równa się wypaleniu paczki papierosów...
Pocieszając się faktem, że przy spalanych przeze mnie dwóch paczkach dziennie, ta trzecia nie robi już większej różnicy , nie nerwowo idę dalej.

Ktoś, zapewne bardzo mądry powiedział kiedyś, że Kair to matka świata. Dziś, trochę przykurzona i zawalona śmieciami z każdym krokiem odsłania nowe oblicze. Pierwszym zjawiskiem z którym stykam się praktycznie za pierwszym rogiem jest gigantyczny cmentarz. Stary, otoczony murem. Pełen grobowców o dziwnych kształtach. Biegają po nim dzieci, spacerują ludzie, na oko trzydziestoletnia kobieta karmi dziecko... Nie jest to jednak jakby się zdawało żadna ceremonia podobna do tych, praktykowanych przez np. Cyganów. Ci ludzie najzwyczajniej w świecie tam mieszkają. Jest ich kilka tysięcy. Widok niewiarygodny i do bólu przejmujący. To pewnego rodzaju manifest biedy tego kraju. Coś co niechętnie pokazuje się turystom. Tego typu "atrakcji " też raczej nie opisuje się w folderach biur podróży, że o spotach w telewizji nie wspomnę.

Gdy słyszę jakie ceny potrafią osiągać mieszkania w tym mieście, przestaję się dziwić tym ludziom. Dla nich mieszkanie w grobowcu to jedyna szansa na własne M.
Po raz kolejny uderza mnie jak inne jest i było spojrzenie Egipcjan na śmierć. Tutaj nikt nie boi się mieszkania w towarzystwie dwustuletnich kości...

Zostawiając za sobą cmentarnych ludzi idę dalej w głąb miasta. Przejście przez ulicę w Kairze to jawna próba popełnienia samobójstwa . I to z dużą szansą na powodzenie. Zmieniam zdanie odnośnie najbardziej szalonych kierowców świata i odebrawszy palmę pierwszeństwa mieszkańcom Rzymu, od razu przyznaję ją Kairczykom. Zasługują na nią w pełni.

Ciężka noc w pociągu wreszcie zaczyna dawać mi się we znaki, ale zmęczenie znika jak ręką odjął gdy tylko docieram do tętniącego życiem placu. Obok mnie wzbija się w niebo meczet Al-Azhar. Miejsce kultu przy którym działa najbardziej prestiżowy uniwersytet Kairu. Po prawej, praktycznie na wyciągnięcie ręki jest usytuowana kolejna świątynia. Mniejsza, ale wcale nie mniej efektowna. Pewnie gdyby nie smog byłoby nawet widać strzeliste minarety...

Jakby tego było mało tuż przede mną znajduje się bazar, przy którym osławiony Stadion Dziesięciolecia wydaje się być nic nie znaczącym wiejskim targiem. Wchodzę w jedną z jego uliczek i cofam się w czasie do lat 20tych. W przeciwieństwie do Suku w Asuanie, tutaj nie pachnie już tak pięknie. Przyprawy stanowią tu tylko niewielki procent sprzedawanych towarów. Za to wszystko inne oszałamia. Po raz setny dziękując za kolejną bluzkę, lampę, wazę, piasek z Sahary i inne cuda, konsekwentnie przedzieram się przez tłum nachalnych handlarzy. Gdy wreszcie wydostaję się stamtąd gonią mnie krzyki - Lady !!! only one dollar!!!

Marzy mi się już tylko gorąca kawa. Siadam w jednej z licznych "cafe" i zastanawiam się jakie określenie pasuje do trunku który spożywam. Tradycja picia herbaty tak bardzo zakorzeniła się w Egipcie, że trafienie na kawę, która choć w nikłym stopniu smakuje jak kawa wydaje się graniczyć z cudem. Odstawiam szklankę i ruszam do muzeum kairskiego. Tu, wiele nie powiem. Bardzo elegancki, dobrze chroniony gmach. Fontanny, równo przystrzyżone trawniki, marmury i cała reszta robią naprawdę dobre wrażenie. Oczywiście nijak ma się to do rzeczy chowanych w jego wnętrzu. Tutaj można po prostu wszystko. Stanąć twarzą w twarz z faraonem, przyjrzeć się pięknej Nefretiti, zajrzeć w złote oblicze Tutechamona. Każdemu według potrzeb. Myślę że na obejrzenie wszystkiego co ma do zaproponowania kairskie muzeum z powodzeniem może zając tydzień. Bajecznie pięknie sarkofagi, biżuteria jakiej nie powstydziłby się Cartier, maski, rydwany i obeliski. Czyste szaleństwo. Po pięciu godzinach mam jednak lekko dość. Moją uwagę zwraca młody chłopak, który już któryś raz przysypia jak tylko znajdzie jakieś miejsce w którym można przycupnąć. Pewnie też jechał nocnym w wesołym towarzystwie...
Przed wyjściem ruszam jeszcze raz obejrzeć Paletę Narmera (jeden z najstarszych i najważniejszych zabytków Egiptu, z okresu wczesnodynastycznego) i rzucić okiem na Tutenchamona. Przychodzi mi do głowy dziwne skojarzenie. Howard Carter i Tutenchamon, mimo iż okresy ich życia dzielą setki lat zawsze będą już nierozłączni.
Nie da się napisać o Tutenchamonie nie wspominając o Carterze i vice versa... W drodze do hotelu zastanawiam się czy ten młody władca byłby szczęśliwy wiedząc że stał się ikoną popkultury, a jego wizerunek jest rozpoznawalny równie dobrze jak logo coca-cola.

Docieram do Gizy - najbardziej popularnej dzielnicy Kairu. Przed sobą widzę trzy, narysowane na horyzoncie gigantyczne trójkąty. Tak wyglądają w pierwszym momencie Piramidy. Mimo iż widać je tak dokładnie nie robią na mnie żadnego wrażenia. To chyba zmęczenie objawia się w tak mocno nietypowy sposób.
Teraz pragnę tylko położyć się do łóżka choć na kilka godzin, więc z całkiem obojętnym stosunkiem do wszystkiego kieruję się prosto do hotelu. Piramidy nie zając. Do jutra nie znikną.

Hotel sam w sobie okazuje się być niezwykłą niespodzianką. Standardu pozazdrościć może mu Mariott, a widoku z okna chyba każdy. Odsłaniam ciężkie zasłony i nie ruszając się z wygodnego fotela podziwiam piramidy. Długa kąpiel, kablówka z tvp 3 i prawdziwa kawa działają na mnie zbawiennie. Chwilę potem zasypiam. W ostatnich minutach świadomości widzę jeszcze pięknie oświetlone grobowce władców. Jutro przyjrzę się im bliżej.

Jeśli czegoś nienawidzę, to są to pobudki o nieludzkich porach. Jak np. 6 rano. W nastroju dalekim od dobrego i z miną raczej nie tryskającą euforią podnoszę się z wygodnego łóżka...
Na początek cytadela kairska. Sercem miasta była już w 810 roku, kiedy stała tu Kopuła Wiatrów. Widać ją dość wyraźnie z każdego punktu miasta - genialny wprost punkt orientacyjny. Wznosi się nad Kairem jak kamienny strażnik. Przebudowywana przez wieki była już saraceńską twierdzą Saladyna, siedzibą egipskiego rządu, więzieniem i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze. Powoli pnę się pod górę i już po chwili stoję przed najpiękniejszym meczetem Kairu. Zwą go alabastrowym. Mogłabym patrzeć na to w nieskończoność. Przysiadam na kamiennej ławce. Zdejmuję buty, na ramiona zarzucam chustę i wchodzę do środka. Stopy zapadają się w miękki dywan. Całe podłogi są nimi usłane. Ręcznie tkane kobierce pełne są kolorowego przepychu. Ściany porażają bielą. Są piękne, zimne i niebywale gładkie. Nad głową mam setki lamp, które zawieszone, tworzą nade mną świetliste kręgi. Meczet jest ogromny i może pomieścić całe tabuny wiernych. Na szczęście jest dość wcześnie, i ani muzułmanów, ani turystów zbyt wielu nie ma. Przez chwilę przyglądam się młodemu chłopcu, który zwrócony twarzą do Mekki modli się z żarliwością, której próżno szukać u chrześcijan.

Po niedługim spacerze po cytadeli znów kieruję się do Gizy. Odwracam się jeszcze żeby spojrzeć na słynny zegar umieszczony na jednej z wież. Nie sprawdzam na nim godziny - nic bardziej mylnego. Ten zegar nie działał już w chwili gdy budowano cytadelę. W takim stanie, w prezencie dostał go władca Egiptu od króla Francji. Tak bowiem Francja odwdzięczyła się za stojący dziś w Paryżu egipski Obelisk...

Przyszła kolej na piramidy. No niech będzie. Ich monumentalizm dociera do mnie dopiero wówczas gdy przed nimi stoję. Na dywanie z piasku i kamieni wzbijają się w górę budowle, które zapierają dech w piersiach. Niby tyle razy z każdej strony widziałam je na szklanym ekranie i setkach fotografii , ale nie jest to nawet namiastka tego co przede mną. Kamienne bloki, z których są stworzone ważą po kilka ton, są jasne, równo wyciosane, są... po prostu gigantyczne. Wierzchołki piramid wzbijają się w górę jak najpotężniejsze górskie szczyty. Słońce oślepia gdy usiłuję bliżej się im przyjrzeć. Zastanawiam się co myśleli pierwsi Europejczycy, którzy ujrzeli ten niebywały cud, i jakie uczucia piramidy musiały wzbudzać gdy obłożone białym wapieniem przyciągały słońce jak lustro, a szczyt zwieńczał wierzchołek ze złota?

Obejście piramid zajmuje trochę czasu. Ruch jaki tu panuje nie jest na szczęście bardzo duży. Kilku turystów na wielbłądach, trzy autokary wycieczek i grupa studentów czytająca Herodota. Może to studenci historii, a może po prostu fani amerykańskiego kina i filmów takich jak "Angielski pacjent" Mijając ich nie można było się nie uśmiechnąć.

Jeśli chodzi o wnętrze kamiennych kolosów, rozwodzić się specjalnie nie będę. Zimne, wąskie, ciemne. W sumie gdyby nie świadomość, że jest się we wnętrzu jednej z najbardziej tajemniczych budowli świata, to wrażenie byłoby zapewne żadne. Zdecydowanie ciekawiej jest na powierzchni.
Jak zwykle nie mogę się oprzeć swoim projekcjom i zaczynam się zastanawiać.
Czy faktycznie ludzie mogli w starożytności stworzyć coś równie zachwycającego?
Przypomina mi się stwierdzenie, które usłyszałam kilka dni temu od jakiegoś Anglika - Do Kairu? Po co? piramidy są przereklamowane, to tylko kamienie!
Fakt. Kamienie. Ale czy kiedykolwiek wcześniej czy później, jakakolwiek inne budowla z kamienia wzbudzała u tylu pokoleń ludzi aż taką gamę uczuć? Do tej pory piramidy wywołują, u jednych zachwyt, u innych strach. Zawsze szacunek. W ilu ludziach rozbudziły one chęć zdobywania wiedzy, zgłębiania tajemnic? Ilu, poświęciło życie próbując zrozumieć ich rolę na ziemi? Oj nie. Drugiej takiej "kupy kamieni " nie ma na całym świecie.

Oczywiście będąc tu nie można pominąć kamiennego Sfinksa. To obok Piramid, druga najważniejsza wizytówka Egiptu. Podobnie jak one, Sfinks jest monumentalny i przytłaczający. Niestety tłum turystów fotografujących się z kamiennym Lwem skutecznie psuje przyjemność jego podziwiania. Po prostu nie można się w żaden sposób poddać uczuciom gdy co chwilę ktoś Cię potrąca, tudzież depcze.

Okolice Sfinksa opuszczam więc dość szybko. Kiedy już zobaczyłam to co zobaczyć się powinno, ruszam zobaczyć to, co zobaczyć trzeba. Prawdziwy Kair. Żeby go zobaczyć każdy powinien iść własną, przypadkową ścieżką. Zobaczyć luksusowe dzielnice nad Nilem i slumsy. Bazary, meczety i wąskie uliczki. Gazeciarzy na rowerach, strzępy płócien rozwieszone między dachami i bywalców miejscowych cafe. Można tu usiąść i poczytać Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy, a potem posłuchać jak z tysiąca wysokich wież unoszą się zaśpiewy wzywające do modlitwy. Nie wolno jednak zapuszczać się tu w nocy w nieznane zaułki, zwłaszcza te, w okolicy cmentarzy. Ponoć właśnie w nich, można jeszcze spotkać prawdziwego Ghula...
Czasem, ściszonym głosem mówią o nich opowiadacze. Nie jestem prawdą, że Ci ludzie wyginęli jak dinozaury, ale faktem jest że w erze wszechobecnej telewizji, ich rola delikatnie mówiąc została nieco ograniczona. Szkoda. Któż inny mógłby piękniej opowiedzieć o świecie arabskim, niż właśnie oni...?

Ewa "Maja" Wiśniewska
absolwentka dziennikarstwa i studentka historii sztuki
zakochana w Afryce i pałacach Dolnego Śląska
uzależniona od papierosów, kawy i dobrej muzyki
Komentarze
2009-07-01 12:42:33

Marek:

kolejny argument, na to, ze wycieczki zorganizowane sa nudne jak flaki z olejem

Komentarze
odśwież
artykuł dodano: 17 maja 2009 ostatnia aktualizacja: 1 lipca 2009 wyświetleń: 1780