treść artykulu

Egipt cz. I

…nad życiodajnym Nilem

Egipt. Wśród polskich turystów popularny nie mniej niż zakopiańskie Krupówki. Jedni jadą tam by podbijać morskie głębie kryształowo czystego Morza Czerwonego, innym wystarczą piękne plaże, hotelowe bary wyposażone w regionalne trunki i upojne ciepło. Są też tacy, którzy szukają tu pamiątek po dawnych cywilizacjach, i nie marzą o niczym innym niż stanąć oko w oko z kamiennym Sfinksem. Ale kraj Faraonów to coś więcej. Morze złotych piasków, skały w kolorze ochry, budowle jakich próżno szukać gdziekolwiek indziej. To także niezwykła kultura, religijny tygiel graniczący z tykającą bombą jaką jest Izrael, to ludzie z mentalnością tak inną niż nasza - europejska. Ludzie ciekawi świata, którzy ze względu na przerażającą politykę wizową w większości przypadków nie mogą wyjechać NIGDZIE, nawet do miejsc tak dla nich nieodległych jak Jordania...

Moja podróż zaczyna się na lotnisku w jednym z tzw. "Kurortów" na półwyspie Synaj, w azjatyckiej części państwa. Jest ciemno i zimno. W końcu styczeń. Szybki transfer do hotelu. W zasadzie otacza mnie pustka, rano okaże się że to po prostu pustynia. Z
całej siły oddycham tym jakże innym powietrzem. Zimnym, pobudzającym. W zębach czuję piasek. Byle do rana. Świt pokazuje wszystko to co zabrała noc. Na tle nieba zaczynają rysować się kształty ogromnych, wyjałowionych wzgórz. Żadnych roślin, żadnych drzew. Tylko skały, które wraz z budzącym się słońcem z minuty na minutę zmieniają kolor. Gdzie nie sięgnąć okiem wszędzie to samo. Malutkie hotele w stylu mauretańskim, piasek, gdzieniegdzie trochę zieleni i skały.

Z wybiciem 12tej kierujemy się do portu Morza Czerwonego, skąd odpływa nasz prom do Hurgady. Tam podróż zacznie się naprawdę. W świetnie zorganizowanym porcie prześwietlają nam bagaże, a kilku uzbrojonych mężczyzn prowadzi nas na właściwy prom. Po czterech godzinach jesteśmy na miejscu. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwy Egipt... A może najpierw usłyszałam? Większość osób, które opuszczały prom odniosło tego typu wrażenie. Nagle nad nami rozpostarło się czarne, rozgwieżdżone niebo. Kontrastem dla niego byli Egipcjanie. Ubrani w swoje "standardowe" codzienne ubranie, tzw. galabije. Mężczyźni w białych i beżowych szatach, kobiety z zasłoniętymi twarzami, bose dzieci zaczepiające każdego "białego" i dźwięk dobiegający zewsząd. To mezzuini zaczynali wieczorną modlitwę. Jej dźwięk, przenoszony przez zainstalowane na mineratach megafony docierał wszędzie. Miękkie zaśpiewy, dźwięki tak natchnione i prawdziwe, że wystarczyło zamknąć oczy żeby cofnąć się do czasów Salladyna.

Nikt nie rozpakowywał rzeczy. Nie opłacało się. Rano czekała nas podróż do starożytnych Teb.
Nocny spacer po Hurgadzie. Znowu kontrast. Tłumy turystów i naganiaczy. Wszechobecne taksówki, które non stop pędzą i trąbią na widok każdego turysty. To taki język, tłumaczy nam poznany przed chwilą miejscowy chłopak. "Oni po prostu pytają , czy chcesz taksówkę???"
Po krótkiej rozmowie siedzimy u niego w sklepie przy miejscowym specjale. Herbacie z Hibiskusa, tzw. karkade. Egipcjanie piją ją chyba zawsze, na zimno i ciepło, zalewają wrzątkiem ususzony kwiat, albo torebkę "ekspresowej" Nasz rozmówca ma na imię Osama. Prowadzi tu sklep z papirusami. Po godzinie czujemy się jak starzy przyjaciele. Opowiada nam o swojej rodzinie, zwyczajach, o życiu współczesnego młodego Egipcjanina. W pewnym momencie wskazuje ręką na jeden z papirusów - jest na nim Matka Boska. "Jestem Koptem" mówi. Chrześcijanie koptyjscy stanowią dziś około 20 % ludności całego Egiptu. "Nie macie problemu z muzułmanami?" - pytam niepewnie, a odpowiada mi śmiech. "Nie, my tu w Egipcie nie zwracamy uwagi na wyznanie naszych przyjaciół czy sąsiadów. Wszyscy żyjemy tu razem, szanujemy wzajemnie swoja wiarę, nikt nikogo nie dyskryminuje tylko dlatego że ma innego Boga! Przecież to byłoby głupie!" Tak, masz rację. Przytakuję.

Grubo po 4 rano wychodzimy ze sklepu z papirusami, obładowani prezentami od nowo poznanego kumpla. Zapisuje nam na kartce nr telefonu - "Gdybyście potrzebowali pomocy w Egipcie, zawsze zadzwońcie do mnie, chętnie pomogę "
Wychodzimy pełni żalu. To niesamowite ze na świecie są tacy ludzie... Gdy muzułmanie rozpoczynają swą pierwszą z modlitw , my pakujemy plecaki. Ruszamy do Teb, które dziś znamy jako Luksor. Noc powoli ustępuję i jak pierwszego dnia z niebytu wynurzają się skały. To Góry Morza Czerwonego. Skalista pustynia. Niepojęta cisza. Podczas trwającej 6 godzin podróży mijają nas tylko dwa samochody. Nagle całkiem niespodziewanie krajobraz zaczyna się zmieniać. Pustynia zamienia się w
kwitnącą, zieloną łąkę. Wszędzie palmy i krzewy obsypane różowym kwieciem. Poznaję te kwiatki. Widziałam je we własnej szklance. Uśmiecham się na wspomnienie tych kilku szklanek karkade wypitych w nocy w sklepie z papirusami...

I oto jest. Serce Egiptu. Pojawia się nagle wśród palm i żywej zieleni. Nil. Pod tym względem nie dużo zmieniło się w Egipcie od czasów faraonów. Nadal całe życie tego kraju skoncentrowane jest wokół tej życiodajnej rzeki. Kilku mężczyzn nosi wodę w wiadrach, przy brzegu chlapie się wodą garstka dzieci w towarzystwie dość zobojętniałego wielbłąda. Obok nas wzbijają się w niebo ruiny ogromnej Świątyni.
Jesteśmy w Karnaku. Wszystko tu robi piorunujące wrażenie. Pierwsze kroki w stronę Alei Sfinksów odsłaniają już przed nami ogrom całego kompleksu. Gigantyczne kolumny pokryte misternie rzeźbionymi hieroglifami, posągi kolejnych władców. Obelisk który rozcina promienie słońca i rzuca tak potrzebny nam cień. I psy. Przez muzułmanów uważany za zwierze nieczyste, pies nie zrobił tu kariery jako towarzysz
człowieka. Kilka szczeniaków śpi na zmaltretowanej słońcem ziemi. "Wygrzewają się " mówi przewodnik wychwytując nasze spojrzenia. "noce na pustyni są zimne" - kończy wypowiedź.
Trzy godziny na zwiedzanie Luksoru to stanowczo za mało. Od ilości miejsc, dzieł, posągów, które po prostu trzeba obejrzeć, można wręcz zwariować. Ale czas nagli. Przedzieramy się przez tłumy turystów. Przychodzi mi na myśl skojarzenie z biblijną wieżą Babel. Słychać tu wszystkie języki świata. A my już po chwili schodzimy do niedużego portu. Pokonujemy Nil by dostać się na jego zachodni brzeg. Do Krainy umarłych. Rzut oka wstecz, ostatnie spojrzenie na Świątynie Amona - Re w Luksorze i już schodzimy z motorówki na zachodnim brzegu.

Kraina Umarłych. Paradoksalnie pełna życia. Czekamy aż pierwszy nawał turystów oddali się od nas o choćby kilkaset metrów. Po tłumach na wschodnim brzeg, na ludzi patrzymy z pewnego rodzaju obrzydzeniem.
Uzbrojeni w zapas wody mineralnej ruszamy w stronę Kolosów Memnona. Nie są tak gigantyczne jakby mogła zasugerować nazwa. A mimo to budzą respekt. Dopada mnie wrażenie że to strażnicy. Stoją tam samotnie wśród wszechobecnej pustyni. Za ich plecami jest już świat w którym niepodzielnie rządzi śmierć. Zniszczone przez trzęsienie ziemi wyglądają na starsze niż są w rzeczywistości. Przypomina mi się opowieść o śpiewających kolosach. Żałuję że nie mogę doświadczyć tego cudu.
Samotnych strażników zostawiamy na ich odwiecznym posterunku i po krótkim postoju ruszamy do Świątyni Hatszepsut.

Kobieta - Faraon. Ta, która miała być zapomnianą - jest dziś wszędzie. Mimo że jej imienia trudno szukać w jakichkolwiek kartuszach. Podobnie jest z jej wizerunkiem. Tam gdzie ściany zdobiła płaskorzeźba tej niezwykłej kobiety, dziś widnieją tylko skute, jasne plamy. Jej świątynia jest niezwykła. Gigantyczna, elegancka, prosta. Z
daleka widać jej piękne fasady i kolumny, szerokie schody przy których na postumentach siedzi zawsze czujny Horus. Bóg z głową Sokoła. Wkomponowana w naturalną piramidę Świątynia jest naprawdę ogromna. W pewnym momencie czuję jak puchnę z dumy. Przede mną wisi tablica mówiąca o wyjątkowo dużym wkładzie Polskiej Misji Archeologicznej w odbudowę tej Świątyni. Oglądam się za siebie i w rozmazującym się od upału krajobrazie widzę budynek Misji, tam dalej, w dole stoi dom, w którym mieszkał H. Carter. Powoli oddalamy się od Świątyni, nie do końca wierząc w to że coś takiego mogli stworzyć ludzie 1500 lat przed narodzinami Chrystusa...

Przed nami Dolina Królów.
Nie wiem czy można znaleźć bardziej idealne miejsce wiecznego spoczynku... Piaszczysta, jasna Dolina wygląda dziś jak szwajcarski ser. Z głównej drogi prowadzącej w jej głąb, na lewo i prawo schodzą podziemne korytarze. Wszędzie jest cicho, mimo iż co chwila z wszystkich możliwych stron wyłaniają się sylwetki turystów. W tym miejscu jest coś, co skłania wewnętrzne Ja każdego człowieka, by zachować spokój. Bądź co bądź to nekropolia. Z przyczyn logicznych i zrozumiałych tylko część grobowców jest dopuszczona do ruchu turystycznego. Schodzimy do
pierwszego z nich. Zimny i wąski korytarz nie budzi zaufania, jednak nikt nie zostaje na zewnątrz. Kamienne schody wciąż prowadzą w dół, coraz niżej schylamy głowy i nie ma się co oszukiwać - nie jest przyjemnie. Za mną idzie jakiś spanikowany Anglik. Ze względu na niemałą posturę chyba boi się zaklinowania . Nagle pojawia się komnata grobowa.
W pierwszej chwili ogarnia mnie absolutna niemoc. Nie potrafię się ruszyć. Na ścianach i suficie grobowca widnieje cud, jakiego nawet sobie nie wyobrażałam. Doskonale zachowane polichromie, kolory o niewiarygodnym wręcz nasyceniu i sceny które rozgrywały się wszędzie wokół. Nade mną Bogini Tut (Niebo) wyginała swoje ciało w łuk, tworząc w ten sposób sklepienie niebieskie. Na jeden ze ścian odbywał się sąd nad duszą zmarłego, kolejny fresk przedstawiał składanie darów, w pewnym momencie stanęłam oko w oko z Anubisem. "Strzeż się Boga co ciało ma człowieka, a głowę psa..."

Po wszystkich ochach i achach niechętnie wychodzę na powierzchnię. Słońce powoli zachodzi gdy opuszczamy Dolinę Królów. Spada temperatura i teren na który weszliśmy w krótkich rękawkach opuszczamy w ciepłych bluzach.
Po niecałej godzinie jesteśmy znów nad Nilem. Stąd zaczynamy pięciodniowy rejs po życiodajnej rzece.

Krajobraz który podziwiamy codziennie przez wiele godzin jest w zasadzie monotonny, a mimo to nikomu nie nudzi się podziwianie go.Z górnego pokładu, leniwie płynącego statku roztacza się panorama pełna drzew i innej bujnej roślinności i nieprzebranych połaci piasku. Od czas do czasu nieopodal brzegu wypatrzyć można jakiś samotny meczet, czasem mijamy jakieś niewielkie miasto. Statek cumuje przy wszystkich ważnych zabytkach położonych nad brzegami Nilu. Zwiedzamy Świątynie w Abydos i Edfu, pokonujemy śluzę i czwartego dnia dopływamy do Asuanu. Na wspomnienie tych kilku dni na Nilu zawsze miewam uczucie nostalgii.  Woda, niebo i gwiazdy. Cisza jakiej nie ma nawet na bieszczadzkich połoninach. Nie ma chyba lepszego sposobu na wyciszenie samego siebie...

Jeszcze tej samej nocy wyruszamy na wstępne obejrzenie Asuanu. Po niedługiej wędrówce obieramy kierunek na Suk - czyli miejscowy bazar. Czuć go już z odległości kilkudziesięciu metrów. Dosłownie go czuć... Zapachem tysięcy przypraw. Stragany są wręcz załadowane świeżymi ziołami, korzeniami, proszkami i owocami. Połowy tych przypraw nie umiałabym nawet nazwać. Z ogromnych koszy wysypują się kwiaty Hibiskusa, śmiejący się ludzie niespiesznie dokądś wędrują, mężczyźni w jasnych galabijach siedzą wzdłuż ulicy w małych grupkach, popalając smakowe tytonie w pięknych , kolorowych fajkach wodnych. Ktoś gra na tzw. diabelskich skrzypcach, ktoś obok usiłuje tańczyć. Ciężko wypatrzeć tu turystów, tym bardziej widoczny jest kontrast między nielicznymi białymi, a czarnoskórymi Sudańczykami, którzy w bardzo dużym stopniu zamieszkują Asuan. Przecież to już Nubia. Czuję się oszołomiona. Od barw, zapachów, dźwięków. Gdy idę usiąść w jednej z miejscowych cafe, mija mnie kobieta ubrana w kolorową szatę. Na głowie niesie kosz z owocami. To jest namiastka Afryki myślę w duchu. Zanim spróbuję rozwikłać zagadkę przypraw, napiję się Karkade...

Nazajutrz wstaję wraz z pierwszą modlitwą odśpiewywaną przez muezzina. Egipt o świcie jest piękny. Piję kawę gdy słońce powoli pojawia się na horyzoncie, a na Nilu pojawiają się pierwsze feluki. Jednożaglowe, malutkie łodzie które leniwie pływają po rzece. Schodzę na ląd. Biorę przykład z niespieszących się Egipcjan i spokojnie spaceruję po nabrzeżu. Na każdym kroku mijają mnie uśmiechnięci ludzie. Dzień znów zaczynam od bazaru. Zaintrygowanie przyprawami bierze górę, jednak... o 10 rano bazar jest prawie pusty. Spanikowana podchodzę do jednego z handlarzy i nieśmiało pytam czy sprzeda mi jeszcze kilka rzeczy, nie wiedziałam że tak wcześnie zamykają Suk. Mężczyzna wybucha śmiechem. "Ach, Wy europejczycy! Zawsze się gdzieś spieszycie, ale tu jest Egipt!!! bazar najczęściej rozstawia się koło 12tej! " Za chwilę śmieję się razem z nim. No tak, to jest Egipt. Z tą myślą ruszam do słynnych kamieniołomów.

To stąd, z Asuanu spławiano Nilem obeliski z piaskowca. Jeden nawet tu został, znany dziś jako niedokończony obelisk, wciąż leży wyciosany w jasnym kamieniu. Nie
nadawał się do wykorzystania , z powodu pęknięcia. Obeliski Egipskie musiały być wykonane z jednego kamienia...
W kamieniołomach spotykam kilka psów. Podobnie jak te w Karnaku, leżą jak nieżywe w szczerym słońcu. Dzielę się z nimi śniadaniem i idę dalej. Dłuższą chwilę nie do końca dociera do mnie to co widzę. Przede mną są pierwsze katarakty, ogromne magmowe skały, które jak zęby jakiejś wodnej bestii wynurzają się z Nilu.
Niegdyś wierzono, że dalej nic już nie ma, ale dziś wiemy że w miejscu w którym pojawiają się pierwsze katarakty zaczyna się też Sahara. Nieliczne motorówki lawirują między potężnymi skałami, a widok który za nimi się ukazuje wart jest wszystkich pieniędzy. Mijamy kilka patroli policji turystycznej, jakiś sympatyczny mundurowy przegląda nam paszporty sprawdzając ważność wizy. Brama się podnosi i oto jesteśmy.

Stoimy patrząc na największe sztuczne jezioro świata. Ciągnące się na ponad 600 km w głąb pustyni Jezioro Nasera. Skala tego założenia dociera do wszystkich z niezwykłą mocą. Ogromna, lśniąca błękitem tafla wody, która wrzyna się w zaspy piasku. To po raz kolejny uzmysławia nam jak wielkim problem w Egipcie jest woda.
Jezioro Nasera to jedno z tych miejsc, o których nie umiem wypowiedzieć się w kategorii za lub przeciw. Z jednej strony to dla kraju zabezpieczenie życiodajnej siły - z drugiej, aby mogło powstać, trzeba było poświęcić całą masę unikatowych zabytków kultury nubijskiej. Nubijczyków przesiedlano, a ich dobytek bardzo często lądował po porostu pod wodą. Na szczęście część zabytków została ocalona. Znów gdzieś tam w środku mnie rodzi się coś na kształt wzruszenia. Archeolodzy z 30 państw świata, w tym Polacy, uratowali znaczną części zabytków znad Nilu.

Najlepszym i najbardziej doniosłym przykładem jest chyba świątynia ABU SIMBEL.
Obiekt, który z powodzeniem mógłby uchodzić za przykład gigantomanii Ramzesa II.
To dzięki polskiemu archeologowi ocalono ją przed zatopieniem. Gigantyczną świątynię kazał on pociąć na kamienne bloki, później kamień po kamieniu, jak klocki przeniesiono ją na sztucznie zbudowane wzgórze i postawiono ją od zera...

Ostatni spacer po Asuanie i kawa w pobliżu dworca. Ciężko mi na myśl ze muszę już opuścić to miasto. Wyjeżdżając stąd czuję że nigdy nie słyszałam bardziej trafnego przysłowia . O Nubijczykach mówi się że mają skórę ciemną jak noc, a serca białe jak śnieg. Jakiś stary człowiek pomaga mi upchnąć walizkę w pociągu. Wciskam mu w rękę kilka funtów i znajduję właściwy przedział. Jest godzina 22, jeśli pociąg nie będzie miał opóźnień, o 9 rano będę już w Kairze...
cdn.
Ewa "Maja" Wiśniewska
absolwentka dziennikarstwa i studentka historii sztuki
zakochana w Afryce i pałacach Dolnego Śląska
uzależniona od papierosów, kawy i dobrej muzyki
Komentarze
2009-07-27 08:34:11

Roksmexeldkek:

http://vjnkasjdmn.t35.com ????? ???? ?????????

2011-08-29 15:22:16

Piotr I Marlena:

Mamy nadzieję już za 2 tygodnie zobaczyć to na własne oczy !!! Inspirujacy tekst- dzięki

Komentarze
odśwież
artykuł dodano: 6 kwietnia 2009 ostatnia aktualizacja: 6 kwietnia 2009 wyświetleń: 1776